Piszę, bo lubię

Blotki

Krótki wierszyk okolicznościowy


Przyszła zima, śnieżek prószy,
lekki mrozek szczypie w uszy,
już ulepił ktoś bałwanka,
w sklepie reklamują sanki,

tańczą płatki w lekkim wietrze,
jedna pani marznie w swetrze,
wronom, śpiącym w śnieżnych czapkach,
trochę dziś zgrabiały łapki,

ślicznie się rumienią liczka,
biegną dzieci w rękawiczkach,
jodły w zaspach śpią stuletnie...
Tylko czemu, kurwa, w kwietniu?

Zaczynam od wierszyka, który ukazał się na blogu "Ja, woy" 21 marca 2007 roku. Jest to zabieg celowy, który ma stworzyć pomost pomiędzy sieriozną (choć może miejscami niezamierzenie humorystyczną) twórczością archiwalną, zamieszczoną pod zakładkami z wierszami i piosenkami, a blotkami współczesnymi z mojego byłego bloga. Wprowadzający trochę innego nastroju i odniesień do współczesności. No i żeby nie było, że poezję zarzuciłem ze szczętem. Jest więc na tych stronach trochę śmiesznie, trochę melancholijnie lub wzruszająco, niekiedy wkurzająco obie strony, tj. czytacza i pisacza, a zawsze aktualnie. Aktualnie oczywiście w latach 2006-2009, kiedy to moja aktywność na blogu była czynnością zauważalną.

Będą tu felietony o kulturze i nie tylko, będą impresyjne miniopowiadanka, będzie kilka komentarzy rzeczywistości. Starałem się wybrać najlepsze.

Na tej stronie, obejmującej rok 2006, można przeczytać kilka pierwszych felietonów o sprawach bieżących i przeszłych, jakie wydawały mi się wówczas warte opisania. Są tu następujące blotki:

  • "Czarna", 8.08.2006
  • "Dźwiękowa pocztówka w kolorze sepii", 22.08.2006
  • "Reminiscencje stomatologiczne", 24.08.2006
  • "Wolność i Harley", 5.09.2006
  • "Mój 9/11", 12.09.2006
  • "Jacek (epitafium dla Matyldy)", 4.10.2006
  • "Chambeau", 11.10.2006
  • "Krótki komunikat od Muzy", 20.11.2006
  • "Byłam tu. Muza", 12.12.2006

Czarna

8 sierpnia 2006

Czarna stoi w takim miejscu, że gdy otwieram rano oczy, nie mogę jej nie zauważyć. Czarna ma piękny futerał: sztywny, z kontrolą wilgotności, też czarny. Może nawet bardziej czarny niż Czarna. Czarna ma czarne tylko boki i gryf, wierzch jest w kolorze ciemnej sosny. Imię Czarna odziedziczyła po swojej poprzedniczce, która była mała, odrapana i czarna właśnie. Tej właściwej Czarnej już nie ma, przepadła gdzieś, któregoś roku, w zamieszaniu przeprowadzkowo-urlopowym, nikt już nawet nie pamięta gdzie. To było w czasach, gdy Czarnej, tej pierwszej, nikt już nie potrzebował. Nikt nie miał czasu, żeby zwolnić, przystanąć, przysiąść, wziąć w rękę, przelecieć choćby palcami po strunach. To i się Czarna zbiesiła. Myślę, że ona zrobiła to świadomie. Lata mijały, a ona stała, w szmacianym pokrowcu, cicho, potulnie, nie wadząc nikomu, czasem przestawiana w celu odkurzenia, w daremnym oczekiwaniu na uchwyt pod kluczami, na półkolisty podrzut na prawe kolano, na pieszczotę palców na progach. Na ten zespół gestów, które gitarze wystarczą na miłość.

Nie doczekała się, więc poszła. Znikła, a nikt tego nie zauważył. Dopiero nawrót sentymentów za minionym czasem, jaki przeżywa każdy, gdy tylko zorientuje się, ile mu życia przeciekło, spowodował, że przypomniałem sobie o tamtej Czarnej. Gdy powyciągałem stare teksty, gdy w głowie zadźwięczały mi przypominane frazy starych piosenek. Tyle, że jej już nie było. Mam nadzieję, że tam, gdzie jest teraz, jest jej lepiej.

Nowa Czarna pojawiła się któregoś następnego roku pod choinką, nabyta wspólnym wysiłkiem Eli i Agaty. Wysiłek był niemały; Czarna to teraz ręcznie robiona hiszpanka, urodzona w małym warsztacie lutniczym, z trzycyfrowym numerem na etykiecie wewnątrz pudła. Ma piękny, głęboki dźwięk, wystarczy muśnięcie strun, by się obudziła. Tyle, że budzi się rzadko. Tamta fala sentymentów dawno już opadła.

Kilka razy brałem Czarną do ręki, ot, tak, żeby pobrzdąkać. Z tym brzdąkaniem, okazuje się, też już nie najlepiej. Nie to, żebym nie umiał. Nie pamiętam. Nie pamiętam tych sekwencji szybko zmienianych układów palców, które składały się na muzykę. Nie pamiętam układów harmonicznych, nie pamiętam efekciarskich przejść, które szlifowało się na publiczne występy. Trącam struny dwa-trzy razy w jakimś zestawie akordów, który jeszcze we mnie tkwi, zagram "Szal" (to pamiętam i będę pamiętać do końca życia. Muszę.) i tyle. Nie potrafię wydobyć z głębokiej pamięci tych pięknych rzeczy, które kiedyś stworzyliśmy i które tyle przecież razy, do znudzenia, do upadłego, do rzucenia Czarną (tą pierwszą) w kąt, katowały mi palce. W człowieku ponoć komórki wymieniają się w komplecie co 7 lat. Od tamtej epoki musiały więc wymienić mi się wielokrotnie. Czyżby z którąś wymianą organizm wyrzucił także pamięć tamtych dźwięków, uznając je, jako nieużywane, za zbędne?

Stoi więc nowa Czarna - piękna, szlachetna i droga - w kącie, w tym swoim klimatyzowanym futerale, stoi w gotowości i czeka. A ja niemal co dzień, budząc się patrzę na nią i myślę: pograłbym coś...

do góry

Dźwiękowa pocztówka w kolorze sepii

22 sierpnia 2006

Niiii nam saaamym, ni we dwoje zostać naaam...

Poleciało z odtwarzacza chrypliwym głosem Kazika Staszewskiego. A mnie ten głos odpłynął, usunął się w tło, i piosenka zabrzmiała inaczej. My też śpiewaliśmy Staszka Staszewskiego - piosenki już wtedy stare, z piętnem zakazanych melodii, w sam raz do wódki...

Pamiętam jak wypłowiałe, szare zdjęcie: Jacek z papierosem w kąciku ust, Jacek, który chciał do ślubu wjechać na nartach z górki wprost pod ołtarz... Jacek, który dziś pasie ekologiczne kozy pod Łomżą... Marek - olewus i zgrywus, z powodu niechęci do prania kupował co trzy dni nowe skarpetki... Dziś restaurator gdzieś w świecie, dla tej restauracji rzucił studia po trzech latach studiowania na trzecim roku, do tego na trzech kolejnych wydziałach...

I ta piosenka:

Ni nam samym, ni we dwoje zostać nam,
Ni nam samym, ni bez siebie żyć.

Michał, z gitarą trzymaną charakterystycznie, niemal pionowo na kolanie, Michał z zamkniętymi oczami, w wódczanym natchnieniu, śpiewający razem ze mną... Michał w '82 prysnął z wycieczki w Jugosławii, dziś kładzie w Wiedniu kafelki... Piter - był z nami krótko, po roku mu się znudziło, wolał konstruować jakąś elektronikę bez papierka. Piter umarł 15 lat temu, tętniak.

W czarnej urnie moich wszystkich czarnych lat
Czarna błyskawica spala czarny kwiat,
Czarne słońca gasną, wschodzi czarny nów,
Spieszmy się, nim czarny dzień powróci znów.
Twoje ciało złote zwija się jak dym,
Drga i złotym potem płonie, a ja w nim,
W czerni tonąc piję złoto z Twoich ust,
Tak, jak tamtej wiosny sok z rozdartych brzóz.
Ale wciąż dokoła pełznie tamten świat -
Mych toporów krwawych, Twoich barwnych szmat,
Wciąż ciaśniejszy wokół poplątany krąg,
Coraz częściej straszy zimno naszych rąk.

Nasze dziewczyny... Murzyn, drobna czarnulka, wyszła za Staszka, ma troje dzieci i metr w pasie... Ela-dynamit, dziś twardo zmaga się z rakiem... Między nami ciepła, niedobra wódka, dużo wódki.

Ni nam samym, ni we dwoje zostać nam,
Ni nam samym, ni bez siebie żyć.

Nie odmieni żaden spazm
Mgły co była stalą w stal znów...
Nie próbujmy jeszcze raz
skuwać się łańcuchem słów.

Piotrek i Heniek, przykładni studenci, po studiach zasuwali w kopalni pod ziemią, po czym obaj wyjechali do Niemiec, bo obaj byli z opolskiego. W Niemczech też zasuwali w kopalni pod ziemią.

Tylu istnień czas jak jedna chwila zbiegł,
Jak to dawno? Może tydzień, może wiek...
Na mój barłóg czas jak deszcz jesienny mży,
Zmywa ślady moich łez i Twojej krwi.
I okrywa z wolna zapomnienia płaszcz
Noc, gdy pierwszy raz pluliśmy sobie w twarz,
Śpiewaliśmy wtedy, szczęście - ja, Ty - fart,
Jak sztylety wbici w siebie, aż do gard.
Serce pękło z żalu, dłoni zimną kiść
Ogrzej nad popiołem - już możemy iść,
Ty - w swe zamki z błota, ja - w śmierdzący szynk,
A dom pusty jak pałacyk Mayerling.

Staszek, Wojtek, ułomny Jaś - geniusz organizacji, inni... Tylu innych. I ja... z Czarną na udzie, włosy do ramion... Z nami i z nas te pretensjonalne i pełne chropowatej, knajackiej poezji słowa i ta melodia, aż szklanki same przechylają się do gardeł. Takie zdjęcie... Było takie zdjęcie?

Ni nam samym, ni we dwoje zostać nam,
Ni nam samym, ni bez siebie żyć.

Ech, panie Staszewski, napiłbym się tej ciepłej, niedobrej wódki...

do góry

Reminiscencje stomatologiczne

24 sierpnia 2006

Może to zabrzmi nieprawdopodobnie, ale jest taki dentysta, do którego chodzę z przyjemnością. Pomijam sam fakt dłubania w zębach, bo to nigdzie nie jest przyjemne, niezależnie od fachowości i jakości sprzętu do tego dłubania używanego. Do doktora P. chodzi się na show.

Oczywiście ten show to on nie przy każdym uskutecznia, bo publicznie i przy obcych małpy z siebie nie robi, tu potrzebny jest pewien stopień zażyłości. Ale gdy już lody pękną (a to jest stosunkowo łatwe, zważywszy, że gdy się raz wpadnie w łapy doktora P., to się tak łatwo z tych łap nie wypada - przeglądając całkiem, zdawałoby się, zdrowe zęby, potrafi znaleźć kilkanaście dziur, co słabszych psychicznie i nieznających tutejszej poetyki może doprowadzić do ciężkiej depresji - choćby z uwagi na koszty), doktor, będąc w nastroju i mając przed sobą trzygodzinny zabieg odbudowy zęba, ujawnia całą krasę swych złotych ust.

Wczoraj pastwił się nad młodą asystentką, która właśnie wróciła z pierwszego w życiu urlopu. Szczegółów opowiadać nie będę, bo mi tu zaraz ktoś męski szowinizm wytknie i o sprzyjanie mobbingowi oskarży. Jeszcze mnie, wredota, co chwila upominał, żebym się nie trząsł, bo wiertłem do zęba trafić nie może. Podobała mi się i zaimponowała jednak końcówka tego (inteligentnego i kulturalnego, żeby nie było) dręczenia. Otóż całkiem poważnie, bez żartów, dał wymęczonej wyślizgiwaniem się z jego werbalnych kleszczy dziewuszce 3 minuty na szczere powiedzenie, co o nim myśli. Na zachętę, wziąwszy mnie na świadka, zapewnił bezkarność i jeszcze obiecał podwyżkę. I co? Mimo że wcześniej całkiem zgrabnie potrafiła kilka razy przyciąć kpiarzowi, dziewuszka skrewiła. Nawet za perspektywę comiesięcznej większej kasy nie miała odwagi nabluzgać wrednemu, złośliwemu szefowi. Zastanawiałem się potem, czy ja na jej miejscu umiałbym, wykorzystując daną szansę, odgryźć się odpowiednio. Już słyszę te bojowe okrzyki agresywnych pań wyzwolonych, że one oczywiście, jak najbardziej, że suchej nitki... No, nie wiem. Mam wrażenie, że taki zaskakujący krok wstecz, niespodziane odsłonięcie, skutecznie wytrąca broń, że łatwiej jednak walczy się z przeciwnikiem, który nie ustępuje pola... To chyba ten sam mechanizm, który powoduje, że pokonany pies, przewracając sie na plecy i odsłaniając przeciwnikowi brzuch, pozbawia go tym samym motywacji do ataku - bezbronnemu się odpuszcza...

Tak sobie leniwie przemyśliwałem, leżąc trzy godziny na fotelu i nie oczekując nawet rozrywki w postaci choćby niespodziewanego dźgnięcia w nerw - u doktora P. zęby leczy sie bezboleśnie, zasnąć można z wiertarką w paszczy. A na zakończenie, gdy już schodziłem, a asystentka poszła podliczyć, o ile by mnie tu odchudzić, doktor P. powiedział do mnie półgłosem, tak aby nie słyszała: "fajnie jest być szefem. Znacznie fajniej niż mężem". Nie da się ukryć.

do góry

Wolność i Harley

5 września 2006

Dziś będzie o wolności.

Przed moim domem od paru tygodni parkuje Harley-Davidson. Ilekroć tamtędy przechodzę, przyglądam sie temu motocyklowi i za każdym razem mój zachwyt jest o stopień większy. Harley jest srebrno-złoty, ma pełne aluminiowe koła, wysoką kierownicę, wielki, lśniący niklem silnik i małe siodełko. Cacuszko. Maskotka. Wisiorek z breloczka. Jeśli ktoś chciałby pokazać, jak wygląda współczesny wzorzec technicznego piękna, artyzm duszy zamkniętej w machinę, powinien demonstrować Harley-Davidsona sprzed mojego bloku.

Harleyem jeździ niepozorny chłopak z sąsiedniej ulicy. Na co dzień takie chucherko, pospolitak, urzędnik albo drobny biznesmen. Szczupły, szary blondynek. To się zmienia, gdy przekłada nogę przez bak, mości się w siodełku, zakłada kask i kopnięciem składa podpórkę. Po chwili z silnika dobywa się głębokie, powolne, stłumione dudnienie, a w głębokim łuku siodła mikry chudeusz zamienia się w jeźdźca, w Anioła Piekieł, w pana przestrzeni. Supermana, bez przesady.

Z chłopakiem jeździ czasem dziewczyna, drobna czarnulka z kręconymi włosami. Tu muszę podkreślić, że jazda we dwoje na rasowym Harleyu nie jest taka oczywista. Harley to klasyczny wierzchowiec, miejsce na grzbiecie ma tylko jedno - dla jeźdźca. Pasażer może sobie czasem przycupnąć na ogryzku drugiego fotela, jak na końskim zadzie. Jazda w charakterze pasażera zakłada więc całkowite zespolenie i podporządkowanie się prowadzącemu. Kto nie czuje potrzeby bliskości, przytulenia, jedności, nie powinien z harleyowcem umawiać się na jazdy.

Patrzę, jak ruszają powoli z dudnieniem silnika, jak motor rozpędza się dostojnie, jak znikają za drzewami, i zazdroszczę. Ja na takim motocyklu nigdy nie jeździłem. Owszem, na zwykłym tak. Ale to podobno nie to samo, tak przynajmniej mówią. Zwykły motocykl to pęd, to upajanie się szybkością, wyzwolenie przez odrzucenie reguł ruchu. Harley-Davidson jest inny. Jest w nim kiczowata poetyka długich autostrad przez prerię, wśród rudych wzgórz, w siennym zapachu spalonych słońcem ziół. Jest niemożliwy do zrozumienia w innym otoczeniu szpan skórzanych kurtek z napisem "Hell Angels" i niemieckich hełmów w roli kasków, tatuowanych ramion w objęciach boskich blondynek, wtulonych nocami w nieogolone mordy, w dzień w sposób niezrozumiały dla przeciętnego oglądacza zespolonych z ich właścicielami w procederze dostojnego połykania przestrzeni.

Ech, wskoczyć na taką maszynę, uruchomić starter i z wtuloną w kark drobiną w wielkim kasku potoczyć się ku anarchicznej wolności...

Kupię sobie Harleya. Kiedyś na pewno kupię.

do góry

Mój 9/11

12 września 2006

"- Ja umrę, prawda?"

Co można odpowiedzieć na tak postawione pytanie, gdy pada ono z ust człowieka, którego nadciągającą śmierć widzimy na ekranie monitora? Wspomnienia z 11 września 2001 działają na mne różnie: powodują zadumę, smutek, współczucie, refleksję nad tym, co człowiek może człowiekowi... Tego, co czuję, słuchając ostatnich słów z telefonów komórkowych, nagranych w centrach ratowniczych, ostatnich słów zanim w ich miejsce nie odezwał się komunikat: "Abonent czasowo niedostępny...", nie potrafię nazwać. Słucham spokojnych, ciepłych odpowiedzi ratowniczki; wiem, że w takim prowadzeniu rozmów ratowników w cywilizowanych krajach odpowiednio się szkoli, aby dodawali otuchy, nie pozwalali na zwątpienie i panikę, wiem to i wiem, że chyba bym tak nie potrafił. Ta dziewczyna o miękkim głosie, która pomagała umierać setkom uwięzionych w WTC, jest dla mnie większym bohaterem niż niejeden z tych, którzy po wszystkim nadstawiali piersi na medale.

W dobie powszechnych komórek zanika samotność nagłej śmierci. Dziś można porozmawiać sobie z zasypanym przez lawinę turystą, z przywalonym gruzami klientem zawalonego supermarketu, z czującą na twarzy żar zbliżającego się ognia ofiarą pożaru. Można porozmawiać, pocieszyć, dodać otuchy, chociaż w telewizji już widać walący się dach, potężniejące płomienie, rozkładających bezradnie ręce ratowników. Być razem do czasu, aż ta stara franca z kosą nie zakomunikuje uprzejmie, że "abonent czasowo niedostępny". To lepsze? Czy dla ofiary - nie wiem. Tego nie wie nikt i nigdy się nie dowie. Dla osoby po drugiej stronie, bezpiecznej i bezradnej, na pewno nie. Śmierć niewidziana to tylko medialny news, temat do rytualnego westchnięcia. Kto tak naprawdę potrafi wczuć się w grozę i rozpacz gazowanych w KL Auschwitz? Nie ma nagrań z komórek; żadne z nich nie miało możliwości przekazania swojego przerażenia komuś bliskiemu, kto jest poza umieraniem, czy choćby tylko ciepłogłosej ratowniczce. Nie miało możliwości uchwycenia się złudzenia, że przez podzielenie się ostatecznością zostanie jej nam mniej i mniej przez to będzie nicości, która zaraz, za chwilę...

Śmierć, której towarzyszymy, zostaje w nas, niezależnie czy osoba umierająca była nam bliska. To jeden z niewielu momentów, gdy można poczuć się człowiekiem.

Gdy słucham dziś tamtych nagrań, widzę ich, sfruwających z okien w desperackich skokach. I pamiętam, że to nie tylko zwietrzała telewizyjna relacja sprzed lat, którą od wczoraj pasą nas wszystkie stacje świata. Staram się nie zapomnieć, że widziałem to w chwili, gdy się stawało.

do góry

Jacek (epitafium dla Matyldy)

4 października 2006

Znam go od dziecka. Nigdy nie była to jakaś intensywna znajomość, zwykły kolega z sąsiedniego podwórka. Na dodatek dość wcześnie kolegą być przestał, bo zniknął z mojego horyzontu gdzieś na początku podstawówki. Z tamtych czasów pamiętam tylko spontaniczne inscenizacje bitwy pod Grunwaldem, gdyśmy zamiast kopii używali wyrzuconych poświątecznych choinek - akurat "Krzyżacy", z kilkuletnim opóźnieniem, na ekrany powiatowych kin zawitali. W zasadzie tyle.

Potem odnalazł się niespodziewanie na drugim końcu Polski, gdy mnie rzuciło na studia do Gliwic. Miękki, "radiowy" głos z głośnika studenckiego radiowęzła z nikim mi się nie skojarzył, a i nazwisko puściłbym mimo uszu, gdybym niedługo potem nie trafił do studia nagrań radiowęzła w celu zaśpiewania paru rzeczy, bo właśnie moja rachityczna twórczość muzyczno-poetycka osiągała apogeum lokalnej popularności. Za konsolą siedział rudawy, kędzierzawy facet, którego pewnie bym nie rozpoznał, gdyby on nie rozpoznał mnie. Okazało się, że świat jest mniejszy, niż można by sądzić nawet z popularnego przysłowia.

Jacka znali wszyscy. Jeśli w okolicach uczelni działo się coś nietypowego, szalonego czy choćby tylko oryginalnego, była duża szansa, że maczał w tym palce Jacek. Był reporterem, fotografikiem, performersem. To jego pomysłem był nasz rajd muzyczny po najgorszych spelunach Śląska, gdzie graliśmy poezję i tańczyliśmy na zalanych piwem stołach. Tak, tańczyłem z Elą na stole, a Jacek zbierał w czapkę datki od zapitych, nieogolonych lumpów, roześmianych i klaszczących, przeniesionych nierealnością tej sceny w jakiś inny wymiar, do innej, nie swojej rzeczywistości. A potem za te datki wcinaliśmy pieczone kurczaki pod szampana pitego z gwinta na reprezentacyjnym trawniku w centrum miasta, aż nas milicja pałami przegoniła.

Wymyślił sobie scenariusz ślubu: gdzieś w Bieszczadach jest kościółek tuż pod stokiem góry. Tam młodzi - Jacek i jego hipotetyczna narzeczona - mieli zjechać na nartach pod sam ołtarz. To, że Jacek nie umiał jeździć na nartach, było nieznaczącym drobiazgiem w rozpisanym szczegółowo na role pomyśle. Plany spaliły na panewce, gdy okazało się, że jego aktualna dziewczyna jest w ciąży i pospieszny ślub będzie w osiedlowej parafii.

Nic z tego nie wyszło. Związek rozleciał się, zanim syn Jacka poszedł do przedszkola.

W jaki sposób w życiu Jacka pojawiła się Matylda - nie wiadomo. Wiadomo tylko, że Jacek najpierw znowu zniknął, a potem pojawił się jako gospodarz przymitywnej chaty nad stawami rybnymi w małej mieścinie w Małopolsce. Nagle okazało się, że ten mieszczuch i konsument cywilizacji łatwo odnajduje się na wsi. Żyje na obrzeżu cywilizacji, w miejscu, gdzie nawet mój ówczesny maluch dojeżdżał z trudem, hoduje karpie, poluje, wyprawia skóry... Dwie rzeczy najbardziej pamiętam z mojej wizyty w jego królestwie na grobli: wspaniałą swojską kiełbasę, którą wędził po własnoręcznym świniobiciu oraz spontaniczną nienawiść, jaką obdarzyła Jacka Kaja - moja malutka, bardzo mądra pudelka - po obejrzeniu ścian Jackowej chaty, obwieszonych skórami rozmaitych zwierząt.

Jądrem, sednem, epicentrum tamtego okresu była właśnie Matylda. Gdy zobaczyłem ją pierwszy raz, odruchowym, instynktownym pierwszym uczuciem było zdumienie. Tęga, niespecjalnie ładna dziewczyna o wyrazistych, grubych rysach twarzy, była przeciwieństwem Mirki, byłej Jacka żony: pięknej, zgrabnej i subtelnej. Ale, jak zaznaczyłem, było to uczucie pierwsze, trwające tylko przez mgnienie, przez najkrótszy wstępny odcinek czasu do chwili, gdy odezwała się, gdy się uśmiechnęła. Mało w życiu poznałem osób, które byłyby tak piękne wewnętrznie.

Od tamtej pory Matylda była dobrym duchem, przewodnikiem i muzą Jacka. Miała rzadki dar, umiejętność racjonalizowania jego szalonych pomysłów i doprowadzania do ich realizacji. To było wspaniałe: ona mu ich nie wybijała z głowy, wręcz przeciwnie. Przejmowała jego entuzjazm i dołączała swój racjonalizm. I zawsze coś z tego było. Przy tym w tle niezmiennie był ten jej promienisty, zniewalający uśmiech, od którego jaśniało powietrze.

Moja mała Agatka nazywała ją Margaryną.

Potem jakoś mi zniknęli oboje - świat wokół kręcił się coraz szybciej, nie było czasu ani chęci na bezproduktywne szaleństwa. Odnaleźli się kilka lat temu. Zobaczyłem Jacka w telewizji. Leciał reportaż z ekologicznego gospodarstwa hodowlanego gdzieś na Kurpiach. Patrzę - no przecież... Brodaty, kędzierzawy gospodarz w samodziałowym swetrze opowiada o kozach, w tle na traktorze siedzi chłopczyk w wieku szkolnym... Jacek. Jacek z synem. Jacek - znany w Europie hodowca kóz, producent koziego mleka. Syn był jego i Matyldy, też Jacek.
Nigdy u niego, w jego nowym świecie, nie byłem. Mimo że wiele razy zapraszał, mimo że zapraszała Matylda. Jakoś nie było mi po drodze. Potem więc, konsekwentnie i nieuchronnie, kolejna, długa przerwa.

Aż do teraz. Kilka dni temu dostałem maila. Znalazł mnie, przypadkiem, w Internecie. Odezwał się, jakoś gorzko i szaro. Pisał, że nie może się pozbierać. Matylda umarła.

Byli ze sobą dwadzieścia kilka lat. Nigdy się nie pobrali. Jak twierdził z przekonaniem Jacek, do niczego im to nie było potrzebne. A Matylda w takich chwilach uśmiechała się tylko, patrząc na niego orzechowymi, dużymi oczami, w milczeniu.

do góry

Chambeau

11 października 2006

Świat ma się ku końcowi. Przynajmniej mój świat. Znaki na niebie i ziemi coraz wyraźniejsze, coraz ich więcej i coraz bardziej obrzydliwe. Mordy Jeźdźców okazują się nie szlachetnie okrutne i bezwzględne, tylko ohydne, menelskie, pryszczate i pokryte liszajem. I jadą, zamiast na rumakach - wielkich, pięknych i dzikich - na sparszywiałych kotach.

Nie ma już prawie piękna. To istotny objaw końca. Odchodzi powoli i ukradkiem. Gdy odchodzili Starsi Panowie, gdy umierał Niemen, Skrzynecki i inni, jeszcze tego tak jasno nie widziałem. Ot, zwykła kolej rzeczy, wymiana pokoleń. A teraz odszedł Grechuta i to wielkie miejsce, wypełnione niedawno sztuką i absolutem, okazuje sie przeraźliwie puste. Nikt nikogo nie wymienia. Zza sypiących się dekoracji widać szyld McDonaldsa na biało-czerwonym tle. Nad tym orzeł w koronie z bułą w łapie.

Przed wylewającym się szambem nie ma już ucieczki. Na nic demonstracyjne wyrzucenie telewizora, na nic omijanie łukiem kiosków i gazeciarzy. Strach włączać komputer, ba, strach wyjść na ulicę. Oto Miłośnicy Jedynej Sprawiedliwej i Czystej Sztuki dekretują, że czyjś przyjaciel to kapucha i szpicel, i Sztuce Sprawiedliwej szkodził wrednie i podstępnie. Na nic jawne protesty tych, którym miał szkodzić, na nic ich oświadczenia, że nie szkodził i przyjaźń ważniejsza od kwitów. Dekretatorzy Sztuki Wolnej od Macek wiedzą lepiej, co dla kogo dobre i święte. Szambo przecieka i do najszczelniejszej przez dziesięciolecia Piwnicy.

Co z tego będzie? Nie wiem. Dla mnie coraz mniej. Będzie tak, że człowiek, gdy go to mocniej zaboli, zamknie się w sobie, odizoluje pod hasłem: a odpier..cie się wszyscy ode mnie. I ten jego świat skurczy się w sobie, wessie i imploduje, i zmieni na powrót w pierwotny punkt, z którego powstał. A to, co będzie dokoła, obejmą inni, obcy i niezrozumiali bogowie, dla innych, obcych i niezrozumiałych rzesz. Mój punkt, jako byt bezwymiarowy i mikry, zniknie gdzieś między kurzem, jaki po ich przejściu powstanie.

Tak będzie. Amen.

do góry

Krótki komunikat od Muzy

20 listopada 2006

To piszę, ja, Muza. Woy mówi, że wróciłam z dalekiej podróży, chociaż nigdzie się nie wybierałam i wcale nie pamiętam, żebym za bardzo oddalała się od domu. No chyba że ten Wrocław... Może to o to woyowi chodzi? Rurki mi tylko poodłączali, kłuć przestali i jakoś więcej jeść mi się chce. Jak na podróż to mało fascynujące.

No, ale skoro wróciłam, to do pozytywów popowrotowych należy zaliczyć ten wczorajszy fantastyczny spacer. Byliśmy w prawdziwym lesie! I na prawdziwej łące! Nie macie pojęcia, jak świetnie nosi się patyki na prawdziwej łące. A jak tam pachnie... Jesień już, zieleni prawie nie ma, ale zapachom to robi dobrze - kwiatki nie wiercą w nosie i wszystkie krety i myszy daje się wyczuć z daleka. Tropiłam też jakieś takie duże, kopyciaste, które rozryły ściółkę pod dębami w moim lesie. Co prawda nikogo nie wytropiłam, bo woy nie pozwolił lecieć za daleko (zazdrośnik jeden, żal mu, że sam nie umie). A kopyciaste musiały być tuż, zapach taki świeży... Trudno, następnym razem może się uda. Ja tym stworom darować przecież nie mogę.

W ogóle woy jakiś rygorystyczny był, jeśli chodzi o polatanie po lesie. Rezerwat, mówił. Jak rezerwat, to niech się ci z rezerwatu pilnują, żeby nie wyłazić, ja tam jestem wolny pies, mnie nikt w granicach kawałka wydzielonej przyrody nie trzyma. Zresztą co ja bym im tam zrobiła? Ja jestem pies, że do rany przyłóż. A że czasem uchapię jakiegoś futrzaka? Przecież nie na śmierć, najwyżej trochę sponiewieram. Nie lubię zresztą gryźć takich futrzastych - pełno kłaków potem między zębami i do języka się przyklejają. Z tego powodu wolę pogonić takiego, powarczeć, poszczekać, ale żeby zaraz brać do pyska? Też coś. Obrzydliwe.

Byliśmy długo, ponad trzy godziny. Aż mnie łapy bolały. Sforsowaliśmy trzy strumienie, łaziliśmy po chaszczach i wykrotach. Potem, gdy już wróciliśmy do domu, wrąbałam podwójną porcję obiadku i padłam. Spałam do wieczora. To tyle - jak na psa i tak rozgadałam się niemożliwie. Pa pa.

Wasza Muza

do góry

Byłam tu. Muza

12 grudnia 2006

Biegnę przez łąkę. Słońce świeci, chociaż już zimno. Biegnę, patrząc w niebo, bo gdzieś tam, niewidoczną w błękicie czarną kropką, szybuje kamyk, rzucony ręką woya. Szybuje, szybuje, spada... Biegnę, nos przy ziemi, bo choć zapachu kamyka nie znam, woy miał go w ręce, a zapach woya znam jak nic innego na świecie. Jest! No to teraz ogon w górę, uszy na sztorc, jestem dumna, przyniosę, położę mu pod nogami, a woy pochwali. Już prawie czuję jego dłoń na głowie, w tej fałdce między uszami, gdzie mnie zawsze smyra... Jestem, kładę kamyk, szczekam, szczekam radośnie i z dumą, a woy mówi: dzielny pies! Podskakuję w ocekiwaniu na kolejny rzut. To zabawa z woyem - nie ma na świecie nic wspanialszego, niż zabawa z woyem. Tak, to jest szczęście, moje małe, psie szczęście. I nic mnie już nie boli... Ściemnia się. Głos woya słabnie, ale nadal dodaje mi otuchy, dodaje sił i wiary, że nasz tandem jest wieczny i przetrwa wszystkie ściemnienia i chłody. Bo chłodno się robi coraz bardziej. Muszę biec. Muszę zdążyć przed tym, zanim mrok się wypełni. To pewnie już ostatni kamyk.

Znów biegnę przez łąkę. Jest pięknie, słońce świeci. Tylko woya nie widzę... Ale woy będzie, kiedyś będzie, pewnie poszedł do sklepu, bo ze sklepu zawsze wracał i potem tak wspaniale zawsze się ze mną witał. Muszę tu na niego czekać, bo tak tu pięknie, ciepło i cicho. Psi raj. Zaczekam na Ciebie, woy.

A łąka tu taka niebieska.

Muza, 11 grudnia 2006 r.

do góry



R E K L A M A


Poradnik finansowy: najlepsze produkty bankowe, kalkulatory, doradcy online, wnioski. Weź tani kredyt, załóż konto lub lokatę. Pomożemy.


Wejdź tędy.