Recenzje z roku 2004

Spis treści:

[Jerzy Pilch, Miasto utrapienia]

8 lutego 2004, pl.rec.ksiazki

Przeczytałem, jeśli ktoś chętny, mogę pożyczać. Zrobię to tym chętniej, że chciałbym jak najszybciej skonfrontować własne obserwacje z czyimś obiektywnym pojrzeniem. Właśnie – obserwacje… Nie przeżycia.

‚Pilch w najlepszej formie’, ‚finezyjny język’, ‚ celne obserwacje’ – takie komplementy przewijały się w różnych mutacjach we wszystkich recenzjach, które czytałem. Dopiero teraz, po przeczytaniu, uświadomiłem sobie, że chyba nikt nie napisał: ‚fascynująca powieść’, ‚porywająca historia’. I zrozumiałem, dlaczego.

Ta powieść jest jak rzeka w Starych Juchach. Kto był, ten wie: szeroka, urokliwa, klarowna i… do kolan. Od mniej więcej połowy tekstu męczyłem się z uporczywym pytaniem: ile takich tekstów już w życiu przeczytałem? Powieści opartych na schemacie: miałka fabułka jako pretekst do psychospołecznej analizy rozmaitych ludzkich portretów, wspomnień poszufladkowanej młodości (własnej, cudzej lub wyimaginowanej) z zarysem mocnego pnia genealogicznego – popękanego, pokiereszowanego, ale jako ten dąb Bartek niezłomnego. To było fajne, to było świeże – gdy czytałem po raz pierwszy, drugi, trzeci… Pilch się w tę ilość nie łapie.

Dużo za to jest tego, co w Pilchu cenię najbardziej: pięknego, giętkiego języka, felietonowych wolt i zabawnych, błyskotliwych puent. Odrzuciwszy treść, której nie ma, czasami ma się wrażenie, że czyta się jeden, ciągle ten sam giga-esej, mega-felieton, którego Pilch – mistrz gawędziarstwa – nie zamierza wcale kończyć, tylko ciągnie przez wszystkie swoje felietony i książki. Zgrabnie i celnie, i prawdziwie,
ale – z ręką na sercu – głębi w tym tyle co w tej rzece w Starych Juchach, gdzie w młodości raki ręką się łowiło.

Podsumowując: przeczytać warto, niektórzy zapewne (co młodsi) dowiedzą się paru ciekawych rzeczy o życiu i o sobie. Ale tym, którzy, jak ja, trochę już przeczytali, a i przeżyli niejedno, nie ma Pilch za wiele do powiedzenia, może tylko co nieco im przypomni.

do góry

[Eliot Pattison, Mantra czaszki]

22 lutego 2004, pl.rec.ksiazki

Kto wie, czym jest Tybet? Jasne, każdy słyszał o Dalaj Lamie, uciskanych mnichach i narodzie ostro wziętym za twarz przez Chińczyków. Ale to nie jest prawdziwy Tybet. Prawdziwy Tybet to mistyczna kraina zatrzymana w epoce azjatyckego średniowiecza. Kraina, gdzie prozaiczna, brutalna i nędzna codzienność miesza się z nierzeczywistym światem duchowości, w którym na co dzień obcuje się z bóstwami i nawet ich czasem jarmarczna kiczowatość nie razi, bo jest autentyczna.

„Mantra Czaszki” to opowieść jakby z innego świata. Aż nie chce się wierzyć, że taki świat istnieje naprawdę. Że można żyć jakby na granicy pomiedzy realem a innym wymiarem i swobodnie poruszać się w każdym z tych planów. I to wszystko tonie w hard-socjalistycznym materializmie, w świecie planów 5-letnich, teorii walki klas i myśli Mao. Kto pamięta czasy Gierka, Jaruzelskiego, a może i Gomułki czy Bieruta, ten niech je pomnoży przez 5, dorzuci garść konfucjańskiej filozofii i dokładnie
wymiesza. Otrzyma koktajl, którego smak trochę coś nam – tym starszym –
przypomina.

Ja po tej książce uświadomiłem sobie, że ten nieprawdopodobnie liczny i skutecznie wyprany mentalnie chiński żywioł jest praktycznie bez szans w stosunku do ubogich i zgniecionych, tak nielicznych w chińskim morzu Tybetańczyków. To trochę przypomina próby wymieszania kropli oliwy ze szklanką wody – se ne da, choćby nie wiadomo jak długo kręcić łyżką. Sensacyjno-fantastyczna fabuła była dla mnie w „Mantrze Czaszki” tylko pretekstem do spojrzenia na ten dziwny i nieznany świat. Ale fabuła fajnie napisana i wciągająca – thriller w wydaniu tybetańsko-chińskim,
do tego dużo autentycznego tła, czasem trudnego do zaakceptowania nawet dla kogoś, kto – jak ja – socjalizm pamięta.

Ocen nie stawiam, ale przeczytać warto. Pozycja właściwie dla każdego. Nawet jeśli znajdzie się jakiś znudzony, to zalecam przemóc się i dociągnąć do końca, choćby po to, żeby widząc w telewizji uśmiechniętego mnicha w żółto-czerwonej sukience mieć świadomość, skąd on tak naprawdę przychodzi.

(Eliot Pattison, Mantra Czaszki, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2002)

do góry

[Philip K. Dick, Zapłata]

7 czerwca 2004, pl.rec.ksiazki

Mordowałem się z tą książką jak rzadko, prawie dwa miesiące. Przeczytałem od dechy do dechy i teraz mogę autorytatywnie stwierdzić: nie było warto. Ja wiem, że Dick jest nierówny, że ma wzloty i upadki, ale żeby zmontować książkę złożoną z samych upadków – to jest sztuka. Ta książka to w zamyśle skrót literackiego rozwoju Dicka. Dwanaście opowiadań, pisanych w latach 1953 – 1974. Tytułowa ‚Zapłata’ była nawet sfilmowana. I chyba ją nawet widziałem – całkiem niezły film. A opowiadanie – żenada. I dalej tak samo. No kupy się to pisanie nie trzyma! Taki poziom pisarstwa,
uzupełniony żenującymi wpadkami fabularnymi, w tym walącymi po oczach niekonsekwencjami, można usprawiedliwić tylko tym, że były to pierwsze ‚dzieła’ Mistrza, zaś czasy były dla fantastyki mało wymagające. Wczesne lata pięćdziesiąte łykały wszystko, co kto w tej branży napisał.

To by było usprawiedliwienie, gdyby z upływem czasu Mistrz dojrzewał i opowiadania były coraz lepsze. No, trochę tak jest, ale niestety tylko trochę. Poziom opowiadań nie rośnie satysfakcjonująco proporcjonalnie do upływu czasu. Dalej są one chałowate, tylko może troszkę sprawniej napisane. Ale to nie mój Dick, jakiego znam z ‚Ubika’, ‚Człowieka z Wysokiego Zamku’ czy ‚Raportu mniejszości’. Pod koniec miałem co prawda małą nadzieję, że się rozkręcił i przynajmniej zostawi po sobie jakieś przyjemne wspomnienie. Taką nadzieję dawało opowiadanie ‚Małe co nieco
dla nas, temponautów’ z roku 1974. Już w nim więcej było tego dobrego Dicka, zakręconego i z podtekstami. Ale niestety, niestety… Ostatni tekst sprowadził mnie na ziemię. Kończące książkę opowiadanie ‚Przedludzie’ (1974) to tylko naiwna agitka antyaborcyjna, w prymitywny sposób prezentująca proste, schematyczne zdanie pisarza na ten nieprosty temat. Co za dziwny człowiek…

(Philip K. Dick ‚Zapłata’, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2004 r.)

do góry

[Terry Pratchett, Na glinianych nogach]

19 lipca 2004, BiblioNetka

Zacznę od historyjki. Splot różnych wydarzeń, o których tu nie warto pisać, sprawił, że stałem się szczęśliwym posiadaczem egzemplarza tej książki opatrzonego autografem autora. Wystanym w kolejce i przywiezionym w prezencie. Byłem tym posiadaczem przez 20 minut. Nawet nie zdążyłem otworzyć okładki i zobaczyć, co i jak Mistrz mi napisał. W ferworze pakowania przed wyjazdem na weekend książka została wrzucona do torby. I to był ostatni raz, kiedy ją widziałem, Wysoki Sądzie… Diabeł ogonem nakrył, krasnoludki pod…ły – nie wiadomo. Książkę musiałem sobie odkupić i teraz każdemu opowiadam, jak to Pratchett mi się podpisał, ale tego autografu, qrna, nie mam i nawet nie wiem, jak wygląda…

A teraz już o powieści. Można rzec: typowy Pratchett. Sprawnie napisany, wciągający, n-ty z kolei moralitet o nas wszystkich, ubrany w błazeńską czapeczkę, z przymrużeniem oka. Ciekawy głos w dyskusji o świadomości maszyn. Może trochę bardziej kryminał niż fantastyczna groteska. W każdym razie ja zarechotałem tylko dwa razy, uśmiechnąłem się ze trzy. Trochę Chandlera (Vimes), trochę Chmielewskiej. Raczej bym ją włożył pomiędzy te bardziej udane części cyklu. Ale obserwując kolejne wychodzące u nas tomy mam wrażenie, że Pratchett jakby poważnieje, jakby mu mniej do śmiechu. Coraz bardziej skłania się w stronę moralizowania, kosztem rozśmieszania. To nie jest złe, chociaż trafia się trochę prawd objawionych już ze sto razy przez innych „wieszczów”, które scenografia groteskowo-fantastyczna dobrze maskuje i dodaje im świeżości. To jest tylko inne. Mniej kabaretowe. Owszem, wcześniej Pratchett też pisał takie mało śmieszne kryminałki czy psychologizował sobie na dobrze udeptanym wcześniej gruncie. Ale mam wrażenie, że to jakby gęstnieje, że jest tego typu pisania u niego coraz więcej. Nie wiem, czy tego po Pratchetcie oczekuję.

Chyba że następna część będzie znowu o magu Rincewindzie. I znowu będę spadać z krzesła ze śmiechu. Czego i Państwu życzę.

Nie piszę, że polecam, bo to się rozumie samo przez się. Dla fanów Pratchetta – pozycja obowiązkowa. Ale zaczynać przygody z pisarzem od tej właśnie pozycji raczej bym nie doradzał.

[Terry Pratchett, „Na glinianych nogach”, Prószyński i S-ka, kiedy wydana – diabli wiedzą, bo wydawca podać nie raczył]

do góry

Chiny z wyobraźni i tęsknoty
[Gao Xingjian, Góra duszy]

26 sierpnia 2004, BiblioNetka

Tak naprawdę zaintrygował mnie w tej książce fakt, że jakoś przegapiłem literackiego Nobla dla Gao Xingjiana w roku 2000. A lubię wiedzieć, kogo i za co Akademia w tej dziedzinie nagradza.

Gao Xingjian urodził się w Chinach, w 1940 roku. Ukończył romanistykę w pekińskim Instytucie Języków Obcych. Do 47 roku życia mieszkał i tworzył w Chinach. Tam zdobył rozgłos dzięki eksperymentalnym dramatom i prozie, sprzecznym z obowiązującymi wytycznymi Komunistycznej Partii Chin. Ale były już lata osiemdziesiąte, odwilż w krajach socrealu zajrzała i tam, przeminęła rewolucja kulturalna. Nie czekało więc na niego więzienie ani resocjalizacja przez pracę po kolana w wodzie na polach ryżowych lub w kopalni uranu. Zamiast tego pozwolono mu wyjechać. W 1987 r. Gao Xingjian przyjechał do Europy, dzięki stypendium DAAD. Nie jest to więc Chińczyk importowany na potrzeby Nobla w ramach poprawności politycznej, ten pisarz ma silne korzenie w swoim kraju. Dlatego jego proza jest tak egzotycznie niezwykła – i prawdziwa. Ostatecznie zamieszkał w Paryżu, gdzie uzyskał obywatelstwo francuskie. Jest także malarzem.

Z recenzji i omówień jego twórczości wyczytałem o eksperymentach, o wielopłaszczyznowej prozie, i jak zwykle w takim wypadku miałem napad literackiego masochizmu. Będę się ambitnie katował, a co, pomyślałem – i tak się stało.

No i, muszę szczerze powiedzieć, mimo wielokrotnego zaciskania zębów i dymienia z uszu – nie żałuję. To rzeczywiście trudna proza. W pierwszej chwili, zaczynając czytać, pomyślałem o kimś, kto wybierałby się do Chin, że może to właśnie byłaby lektura dla niego. Tyle tam plastyki (malarstwo się kłania) wypełnionej autentycznym życiem. Ale chyba nie – raczej skorzystałby więcej, czytając ją po powrocie. Bo powieść „Góra Duszy” jest co prawda pełna żywych opisów Chin – krajobrazów, ludzi, rzeczywistości… Lecz miałem niejednokrotnie z tym kłopot, podświadomie czując piękno opisywanego landszaftu, nie mogąc go sobie jednak prawdziwie wyobrazić. Tak był obcy.

Książka jest trudna, bo Gao Xingjian bawi się formą, pisząc raz w pierwszej, raz w drugiej, a czasami nawet w trzeciej osobie. I w każdej z tych form jest to jakby oddzielna powieść. Te opowieści zazębiają się tylko dlatego, że gdzieś tam w środku autor raczył o tym poinformować skatowanego czytelnika, mącąc mu przy okazji w głowie informacją, że od osoby narracji zależy, czy opowieści są sprawozdaniem z rzeczywistej wędrówki po Chinach, czy też projekcją marzeń i wyobraźni. W dodatku, mam wrażenie, informacją nie do końca prawdziwą.

Książkę autor pisał parę lat, trochę w Chinach, trochę na emigracji, i to da się odczuć. Są fragmenty, gdzie w treści i sposobie narracji wyraźnie daje się wyczuć oddalenie i pisanie z wyobraźni i tęsknoty. Te fragmenty były dla mnie paradoksalnie łatwiejsze, bo byłem jako czytelnik w takiej samej sytuacji: zdany na wyobraźnię. Tam, gdzie autor pisał „z natury” – często musialem się poddać. Nie potrafiłem wyobrazić sobie krajobrazu, którego nie widziałem nawet na filmie.

Mimo to z książki, poza egzystencjalnymi dylematami konfliktu na linii jednostka – zbiorowość, które akurat w tamtych stronach są konfliktem aktualnym i odwiecznym, wyziera kawał rzetelnego wizerunku cywilizacji, o jakiej my, Europejczycy, nie mamy pojęcia. Ta ciągłość historii, ta jednakowa aktualność faktów sprzed 2 i 2000 lat, drzewa genealogiczne pielęgnowane przez stulecia i brutalnie zniszczone przez rewolucję kulturalną… W ogóle – my tu nie zdajemy sobie sprawy, jak bolesna i tragiczna dla takiego ciągłego, nieprzerwanego świata była maoistowska rewolucja kulturalna, która pozbawiła to zakorzenione w pradawnej historii społeczeństwo – historii właśnie. I to zarówno tej wielkiej, przez duże H, jak i tej małej, jednostkowej, osobistej.

„Góra duszy” to powieść dla osób lubiących wyzwania: językowe, formalne, etniczne. Jeśli to was nie przestrasza – przed wami kopalnia przeżyć intelektualnych.

do góry

Z przewagą nudy
[Henry N. Beard, Douglas C. Kenney, Nuda Pierścieni]

10 września 2004, BiblioNetka

Uwielbiam parodie. Wolę dobry pastisz od oryginału. Dlatego cytat z „Harvard Daily News” na ostatniej stronie okładki: „Arcydzieło komizmu… Genialna parodia słynnej trylogii J.R.R. Tolkiena „Władca Pierścieni”, błyskotliwa i całkowicie pozbawiona szacunku… „Paragraf 22″ dla miłośników fantasy”, wraz z przeczytanymi naprędce wyrywkami ze środka sprawiły, że wziąłem się za „Nudę Pierścieni” Bearda i Kenneya. Autorów co prawda znam bardzo pobieżnie i bardziej ze słyszenia, i nawet Google nie pomógł mi w stworzeniu jakiejś ich notki biograficznej, ale co tam, każdy bestseller był kiedyś niczym, każdy autorytet – nowicjuszem. Może powinno mnie zastanowić, że cytowane zachwyty pochodzą z prowincjonalnego dziennika, a jedynym świadectwem jego renomy jest fakt, że w tym miasteczku jest przyzwoity uniwersytet, co wcale nie gwarantuje jakości wydawanego tam pisemka, a zwłaszcza jego analiz literackich…

Poczucie humoru to rzecz bardzo subiektywna. Prawie każdy ma inne, czasem wręcz biegunowo. Dlatego to, co myślę o omawianej książce, jest obrazem mojego poczucia humoru i broń Boże nie mam zamiaru dyskredytować tych, którym się „Nuda Pierścieni” podobała. Bo mnie się nie podobała. Bardzo. Pomysł na powieść opartą na wykpieniu i sparodiowaniu klasyka jest kuszący i wygląda na samograj. I przez to właśnie, przez taką pozorną łatwość tematu, stanowi piekielnie niebezpieczną pułapkę dla prześmiewców. Bo dobrą parodię trzeba umieć napisać. To jest finezja i poezja. To ma być tak, że człowiek zaczyna się śmiać dopiero dziesięć sekund po przeczytaniu jakiejś prześmiewczej transformacji. Ale za to potem nie może przestać. Panowie autorzy, B&K, poszli inną drogą. Po prostu pozamieniali oryginalne imiona i nazwy na śmieszniejsze, niekoniecznie związane z treścią tekstu (typu Bilbo – Dildo, Frodo – Frito, orki – norki, Gandalf Szary – Goodgulf Szarozębny i tak dalej w tym guście), dołożyli trochę nonsensownych gagów w stylu z filmów z Leslie Nielsenem i dużo grubego śmichu z, uczciwszy uszy, pierdzenia.

Są ludzie, których niemożebnie śmieszy, jak ktoś się wywali, najlepiej w błoto albo dziobem w tort. „Nuda Pierścieni” to taki typ humoru. Ale to nawet mogłoby być. Tylko niechże niesie w sobie jakąś myśl przewodnią, niech z czegoś wynika. Niech te kretyńskie przeinaczenia nazw, imion i określeń mają jakieś uzasadnienie. Nie – masz, czytelniku, śmiać się z samego przedniego pomysłu nazwania Sama Spamem. Czemu nie Sramem? Byłoby jeszcze śmieszniej.

Muszę być sprawiedliwy. Jest w tej książce kilka dobrych pomysłów. Nie będę zdradzał jakich, bo może ktoś to lubi i się skusi. Ale liczących na kupę zabawy takiej jak na filmie „Szklanką po łapkach” czy „Naga broń”, do czego, moim zdaniem, ze względu na rodzaj humoru ta książka pretenduje, przestrzegam: rozczarują się. Przy największej dozie dobrej woli, udało mi się ciurkiem doczytać do 45 strony. Resztę przeczytałem tylko dlatego, że staram się nie zostawiać za sobą rzeczy nie skończonych. Czytałem, wydając z siebie od czasu do czasu ponure: hyhy.

Z treści powieści wynika, że autorzy mają dużo dobrego samopoczucia w stosunku do swego dzieła. Ja go nie podzielam. Spotkałem też opinie, że to takie weekendowe czytadło. Moim zdaniem szkoda weekendu. Lepiej iść na spacer.

[H.N. Beard, D.C. Kenney „Nuda Pierścieni”, tłum. A. Królicki, wyd.: Zysk i S-ka, 2001 r.]

do góry

Kryzys środka historii?
[Andrzej Sapkowski, Boży bojownicy]

18 października 2004, BiblioNetka

Czekałem na tę książkę, jak na rzadko którą. Bo dał też Sapkowski swoim fanom do wiwatu, trzymając ich w niepewności chyba ze dwa lata i przesuwając termin wydania „Bożych bojowników” z kwartału na kwartał. No i w końcu wyszła. I teraz nie wiem, czy moje mieszane uczucia po zakończeniu lektury związane są z przenoszeniem tego dziecięcia, co wiąże się z nadmiernie wybujałymi oczekiwaniami, czy też obiektywnie moje zastrzeżenia byłyby takie same, gdyby kontynuacja „Narrenturmu” wyszła w normalnym, przyzwoitym czasie.

Wiem, że narażę się miłośnikom Sapkowskiego, ponieważ już czytałem na temat „Bożych bojowników” różne peany. Ale mam prawo, bo „Narrenturm” mnie zachwycił i piałem na jego temat wbrew zastrzeżeniom niektórych. To teraz mam prawo napisać coś „na abarot”.

„Boży bojownicy” to kontynuacja wydanej wcześniej powieści „Narrenturm”, druga część trylogii fantastycznej, osadzonej w realiach czasów wojen husyckich. To historyczne tło traktowane jest dość umownie, a precyzja realiów raczej nieprzesadna. Trylogia traktuje o przygodach Reinmara z Bielawy, przez przyjaciół zwanego Reynevanem – humanisty, lekarza i czarownika, rzuconego w wir krwawych wydarzeń, raczej niesionego z prądem tych wydarzeń, niż wpływającego na ich bieg.

Konwencja, jaką przyjął Sapkowski: traktowania historii jako cienkiej przykrywki współczesności, zarówno w sferze wydarzeń, jak i metody narracji, jest dobra, gdy całość jest pisana z przymrużeniem oka, z tzw. jajem. Taki był „Narrenturm” i mimo swych niedoskonałości, niekonsekwencji i paru jeszcze innych „ale”, bardzo mi się podobał. W końcu, od takiego np. Pratchetta też nikt nie wymaga konsekwencji i precyzji historycznej.

Otóż „Boży bojownicy” utracili moim zdaniem ten najważniejszy element, dla którego tak na tę książkę czekałem: przymrużenie oka właśnie. Właściwie Sapkowski nawet stara się je mrużyć, ale wygląda to nie jak puszczone do mnie oczko, tylko jakby mu coś do tego oka wpadło. Konsekwencją jest przede wszystkim to, że o ile poprzednio Reynevan i kompania byli tą stroną, za której powodzenie trzyma się kciuki, to obecnie być nią przestali! Zauważyłem to gdzieś w połowie książki: zaczęło mi wisieć, czy im się uda, czy nie, bo strona, po której stoją, wcale nie zachęca do identyfikacji. Ba, w zapale pokazywania realizmu Sapkowski zapędził się tak daleko, że przyjąwszy umownie, iż papiści są „be” z definicji – co jest powszechnie i wszystkim wiadome – skupił się na zbrodniach husytów, żeby broń Boże nie wystawić im laurki. I wyszło tak, że łapałem się na kibicowaniu Pomurnikowi! Bo jak mogę zidentyfikować się z facetem, który bezkrytycznie i fanatycznie wyznaje idee, które leżą u źródeł takiego terroru, jaki spadkobiercy Husa fundowali Śląskowi i okolicom?

Technicznie powieść napisana jest nieźle. Czyta się gładko, jednym tchem. Ale przy braku lekkości, spowodowanym eliminacją sytuacji i dialogów komicznych, raziła mnie maniera współczesnych wtrętów, zarówno językowych, jak i sytuacyjnych.

Nie będę tu analizował niekonsekwencji i błędów pisarza w budowie sylwetki głównego bohatera – niech każdy to sprawdzi sam. W moim odczuciu poszło to bowiem w jakimś nieokreślonym kierunku, całkiem odmiennym od tego, jakiego po przeczytaniu „Narrenturmu” oczekiwałem w „Bożych Bojownikach”. W każdym razie mam wrażenie, że albo Sapkowskiemu temat się znudził, albo na skutek upływu czasu zgubił pierwotny zamysł. Wyszedł mu całkiem inny Reynevan niż ten, który bawił mnie poprzednio.

W efekcie „Boży bojownicy” okazują się pozycją, którą warto przeczytać, ale cudów po niej sobie nie obiecujcie. Mnie, po genialnym „Narrenturmie”, sprowadził Sapkowski na ziemię. No, chyba że to tylko kryzys środka historii i jej zakończenie pozwoli zapomnieć o tych wszystkich zastrzeżeniach, a „Boży bojownicy” będą tylko powieścią, która musiała powstać, żeby dało się powiązać w całość część pierwszą i trzecią. Oby tak było.

do góry

Zakochałem się…
[Janusz Głowacki, Z głowy]

26 października 2004, BiblioNetka

„Oczywiście jestem przekonany, że kiedy Steven Spielberg szczęśliwy z lawiny Oscarów powiedział, że żałuje tylko jednego: że „Listy Schindlera” nie mogło obejrzeć sześć milionów Żydów, którzy zginęli w czasie holokaustu, nie miał na myśli – jak ktoś złośliwie sugerował – tylko ewentualnych dodatkowych zysków z biletów.”

No i jak nie kochać kogoś, kto ma do autorytetów i ich piedestałów taki stosunek? Bo ja się, proszę koleżeństwa, platonicznie zakochałem. Jest to niemalże miłość „od pierwszego czytania”, bo, wstyd przyznać, Głowacki-literat był mi dotąd prawie nie znany. Owszem, to i owo się słyszało, że sukces, że Ameryka, jakieś drobiazgi z „Kultury” się czytało, scenariusze, sztuki – te chyba były mi najbardziej znane – no bo „Rejs” chyba każdy widział, a i „Antygonę w Nowym Jorku” wypadało zaliczyć, ale z prozy nic…

O książce „Z głowy” pierwszy raz usłyszałem w radio, gdzie Krzysztof Materna robił z Głowackim wywiad i bardzo plastycznie opowiadał, jak to ledwie zaczął czytać, a już książkę zgubił i nie może odżałować, bo go strasznie wciągnęła. To wciągnięcie Materny jakoś mi zapadło w pamięć, bo gdy w supermarkecie między zakupem serka i puszkowanego groszku natknąłem się na ładnie wydaną (twarda oprawa) książkę z luzakiem w białym garniturze na tle graffiti z napisem „Death to Yuppie Scum” na okładce, to mi to samo wskoczyło do koszyka.

A potem… Dwie zarwane noce i poranna złość, że trzeba odłożyć, bo praca czeka… Ale było warto. Takiej uczty nie zakosztowałem od dawna.

Dwa słowa o autorze, choć pewnie nie trzeba, bo każdy to wie. Janusz Głowacki urodził się w 1938 roku. Według notki od wydawcy: prozaik, dramaturg, scenarzysta. Debiutował zbiorem opowiadań „Wirówka nonsensu”. A potem były jeszcze: „Nowy taniec la-ba-da”, „My sweet Raskolnikow”, „Moc truchleje” i „Ostatni cieć”. Do czasu wyjazdu z Polski najbardziej znany ze scenariuszy filmowych („Polowanie na muchy”, „Trzeba zabić tę miłość”, „Rejs”) Długi czas pisał felietony i recenzje do warszawskiej „Kultury”. Rozkwitł na dobre po wyjeździe do USA, gdzie ujawnił się jego talent dramaturgiczny. Zaczęło się od „Kopciucha”, a potem jeszcze „Antygona w Nowym Jorku”, „Polowanie na karaluchy”, „Czwarta siostra”. Obsypano go nagrodami, wykładał literaturę na uniwersytetach… A potem to wszystko złośliwie opisał.

Bo „Z głowy” to spowiedź autora z jego lat minionych. Z czasu emigracji: tej głodnej i tej w aureoli sławy; z czasu przed i czasu po. Nie, nie spowiedź, raczej pogwarka przy wódce. Niesamowicie lekka i potoczysta, trochę chaotyczna, jak każda opowieść przy kielichu, przy tym z ładunkiem znakomitego humoru sytuacyjnego w opisach tym zabawniejszych, że prawdziwych. Głowacki to mistrz w wyławianiu groteski ze zdarzeń na pozór zwyczajnych, gdzie ktoś inny humoru by nie dostrzegł. I ten dystans… Do siebie i do innych. To spojrzenie zezem, które powoduje, że po obśmianiu samego siebie można bez skrupułów obśmiać Najwyższe Autorytety. Głowacki bez żenady stawia obok siebie VIP-owską elitę oraz emerytowane dziwki zgromadzone na „spotkaniu po latach”. Bo z jednymi i drugimi jest zaprzyjaźniony, bo jedni i drudzy go lubią, a dziwki nawet bardziej… Z tej ironii wyłania się bardzo prawdziwy obraz świata: i tego na górze, i tego na samym dnie. Tym wyrazistszego, że Głowacki umie nagle złamać nastrój szyderstwa i śmichów-chichów, by na ułamek sekundy złapać czytelnika za gardło przejmującą migawką z ludzkiego losu…

Na tytuł jeszcze chciałbym zwrócić uwagę. Ja go odczytuję na trzy sposoby, z których każdy mi do tekstu pasuje. Bo widać wyraźnie, że autor książkę napisał „z głowy”, bez przygotowania, pozwalając słowom wylewać się wprost z pamięci na papier, a jednocześnie jest to zapis „z Głowy” (taką autor nosi ksywę wśród przyjaciół), bo sporo własnych bebechów w sarkastycznym sosie „Głowa” nam tu podrzuca. I wreszcie – też to widzę – napisał Głowacki coś, co nosił w sobie długo, i ma to wreszcie „z głowy”…

270 stron połkniętych w ekspresowym tempie, a chce się jeszcze… I szkoda, że to nie jest fikcja i że przez to na drugi tom trudno liczyć. Bo samo życie nie daje gwarancji, ze tak barwnie będzie się toczyć dalej. Chociaż „Głowa” pokazał, że nawet z piasku bicz potrafi ukręcić, to może, może…

Każdemu, kto potrzebuje doładowania akumulatorów pozytywną energią, zalecam: czytać Głowackiego. Za każdą cenę.

do góry

Mało…
[Wojciech Kuczok, Gnój]

 2 listopada 2004, BiblioNetka

Nie podobało mi się. Powiem to od razu, żeby mieć już z głowy. Dla sprawiedliwości: przestało mi się podobać gdzieś tak po przeczytaniu dwóch trzecich z 212 mocno naciąganych stron. To naciąganie objętości to mój pierwszy zarzut, najbardziej błahy, ale widoczny już w momencie wzięcia książki do ręki. Wydana brzydko, na lichym papierze, widać oszczędności na kosztach. I do tego zrobienie objętości na siłę: na stronę „Gnoja” („Gnoju”?) wchodzi ok. 1270 znaków, co w przeliczeniu daje ok. 150 stron znormalizowanych. Ale z tym mniejsza; w końcu nie objętość tworzy dzieło, ani szata graficzna. Ta szata zresztą pasuje: do nastroju książki, do tematyki, do bohaterów… Tyle że tego nie wystarcza nawet na te 150 znormalizowanych stron.

Zaczyna się pięknie, o ile pięknem można nazwać brzydkie, brudne i wredne środowisko. I dotyczy to w tym samym stopniu regionu, miasta, ulicy, domu, rodziny, bohatera, ich przeszłości, teraźniejszości i przyszłości… To pokrzywione środowisko jest tu w tym samym stopniu głównym bohaterem, co ów mały, zgnojony, stłamszony synek, na którym swoje kompleksy rozładowuje ojciec, sąsiedzi, koledzy, Śląsk cały chyba, a może i życie? Taki śląski, zastępczy chłopiec do bicia… I jest dobrze, psychoanaliza się rozkręca, ale już czasem trochę drepce w miejscu, gdy rozwleka się i pastwi nad jakimś detalem, mamląc go na różne sposoby, aż człowiek ma ochotę zastosować metodę czytania „Nad Niemnem”, znaną z czasów szkoły: „opisy opuszczamy”… Tylko co tu opuszczać, jeśli tego tekstu, nawet wywleczonego do granic wytrzymałości czytelniczej, jest tyle, co kot napłakał?

Wojciech Kuczok za „Gnój” („Gnoja”?) otrzymał w roku 2004 nagrodę Nike. To jego jak dotąd największy sukces, mimo że debiutantem nie jest. Ten urodzony w 1972 roku pisarz i krytyk filmowy opublikował wcześniej dwa zbiory opowiadań: „Opowieści słychane” (1999) i „Szkieleciarki” (2002). Ponadto ujawnił się również w tomiku wierszy „Opowieści samowite” (1996). Powieść „Gnój” (2003) została wcześniej uznana za książkę wiosny 2003 Poznańskiego Przeglądu Nowości Wydawniczych i nagrodzona Paszportem „Polityki” za rok 2003. Na jej podstawie Wojciech Kuczok napisał scenariusz filmu „Pręgi”, którym śląska reżyserka Magdalena Piekorz w wielkim stylu wcisnęła się do filmowej elity.

Ta mnogość wyrazów uznania, jakie posypały się na „Gnój”, trochę mnie niepokoi, bo za odmieńca estetycznego dotąd się nie uważałem. W części powieści, która mi się podobała, odnajduję sporo takich perełek pisarskich, za które Kuczokowi tę nagrodę Nike sam bym wręczył. Tu widać talent i duże możliwości. Tym razem nie wystarczyło ich jednak na całą książkę, a zwłaszcza zabrakło ich na zakończenie. Ten koniec jest bowiem jakby z innej bajki, jakiś sztuczny, jakiś dopisany. I w ogóle nie ma już tych perełek, które mi wynagradzały niedostatki w pierwszej, tej lepszej, części powieści.

No zwyczajnie: nie podobało mi się.

do góry

Tylko Skrzyneckiego żal
[Andrzej Warchał, Teksty z Piwnicy pod Baranami oraz inne]

2 listopada 2004, BiblioNetka

Jakiś czas temu wybrałem się do Krakowa. Naszło mnie, żeby powspominać dawne czasy, a to w moim przypadku najlepiej wychodzi w Piwnicy pod Baranami, zwłaszcza podczas piwnicznego spektaklu. No i byłem. Spektakl, jak spektakl, niby fajny, lecz już nie to samo, ale po tym ambiwalentnym przeżyciu miało miejsce wydarzenie stricte literackie. Otóż przy wejściu stał stolik, a na nim rozmaite dzieła piwnicznych artystów: płyty, książki, coś tam jeszcze… Ludzie brali głównie płyty. A mnie zaczepił jakiś lekko znietrzeźwiały, brodaty osobnik, w półmroku zdawało się nawet, że z lekka nieświeży, i ochrypłym sznapsbarytonem zaproponował: – Weź pan tę książkę. Jakaś taka nuta rezygnacji była w jego głosie, że ulitowałem się do tego stopnia, iż zapłaciłem dwie dychy, chociaż ręka mi zadrżała, bo tyle za 90 stron razem z tytułami wydawało mi się trochę drogo. Po czym zostałem powalony absurdalnym ciągiem dalszym, który brzmiał: – Chce pan autograf? No, chcę, jak szaleć to szaleć, w surrealistycznej atmosferze piwnicznego przedsionka nawet autograf jakiegoś podejrzanego typa przy barze ma swoją specyficzną wartość. Wróciłem ze zdobyczą do stolika, nawet jej nie obejrzawszy, bo i warunków na to specjalnie nie było, po czym upojny wieczór „uległ dalszej kontynuacji”, jak mawia mój elokwentny inaczej przyjaciel.

Następnego dnia rano (termin mocno umowny) obejrzałem moją piwniczną zdobycz. Na tylnej stronie okładki była notka o autorze i zdjęcie. Widniał na nim – trochę schludniejszy, a na pewno trzeźwiejszy – mój wczorajszy interlokutor. Może Go zresztą krzywdzę, może tylko takie sprawiał wrażenie w zadymionych ciemnościach? W każdym razie rzuciłem się natychmiast na początek książki i proszę, stoi jak byk: „Panu Wojciechowi oddany autor, Andrzej Warchał, Kraków 27.05.2004”. No i w ten sposób stałem się szczęśliwym posiadaczem białego kruka, którego, jak się zdaje, niełatwo kupić gdziekolwiek poza Piwnicą, w dodatku z autografem autora.

Przechodząc do meritum: jak wspomniałem, spektakl artystów Piwnicy, zwłaszcza tych stanowiących już dobro kultury narodowej, wzbudził we mnie uczucia mieszane. A prawdziwą Piwnicę znalazłem w tej książce. I to Piwnicę, której już nie ma i być nie może, bo czasy, gdy miała sens, dawno minęły. To są głównie felietony satyryczne, monologi i scenki z lat 1965-90. Czytając, widzi się je na scenie i słyszy specyficzny piwniczny timbre, przerywany dzikimi śmiechami widowni i dzwonkiem Skrzyneckiego. Ale do tego, żeby je w pełni odczytać i przeżyć, trzeba mieć za sobą bagaż tamtego okresu. Trzeba wiedzieć, dlaczego mówiło się: „bracia z Południa”, a wszyscy odczytywali to: „Ruscy ze Wschodu” i nikt się nie pomylił, z wyjątkiem cenzora. Choć niektóre grepsy mogą rozśmieszyć i dzisiejszego czytelnika, czasem z zaskakująco innego powodu, niż zamierzył to autor. Jak na przykład fakt znalezienia w zupie regeneracyjnej 10 zł zamiast wkładki mięsnej, wraz z obietnicą, że jak będziemy pracować wydajniej, to z czasem może się tam znaleźć i stówa („Wkładka”, 1975 r.). Prawda, młode wilki, że może to śmieszyć? Wtedy powód do zarykiwania się był jednak biegunowo odmienny.

Były to w swoim okresie teksty aktualne, komentujące i po piwnicznemu wykpiwające real-socjalistyczną rzeczywistość. Dziś, po próbie czasu, wyłazi z nich upiór. Nie, no nie jest tak źle, kawałki są do śmiechu, ubaw jest po pachy i nostalgia taka przyjemna. Ten upiór, to moje wspomnienia, które same z siebie nie są takie okropne, ba, bywają nawet sentymentalne i urocze. I człowiek nawet się oburza, gdy się tę minioną, zdechłą komunę wyszydza. Dopóki ktoś, jak Warchał, nie zbierze tego do kupy i nie walnie jak obuchem w durny łeb. Po czym powie z lekka zachrypłym sznapsbarytonem: tego byś, baranie, chciał?

Polecam, zwłaszcza tym, którzy podobnie do mnie pamiętają czasy, gdy teksty te były świeżutkie jak sławetne bułeczki, już nie pomnę, czyjego autorstwa.

do góry

[Terry Pratchett, Wiedźmikołaj]

7 listopada 2004, pl.rec.ksiazki

 Likwidacja Wiedźmikołaja jako metoda przywrócenia harmonii Wszechświata, którą zakłóca życie… To brzmi jak tytuł pracy magisterskiej w Gildii Skrytobójców. Ale jak tego dokonać, gdy nagle
Wiedźmikołaj zaczyna przemawiać GŁOSEM?

Namotał mistrz Pratchett tym razem, że hej. Może nawet za bardzo i niektóre wątki wymknęły mu się z rąk. Ale jest to stary, dobry Pratchett, a raczej nowy dobry Pratchett, bo jak już zauważyłem wcześniej przy okazji „Na glinianych nogach”, Pratchett trochę zmienia styl, czy może swoje nastawienie do kolejnych części cyklu „Świat Dysku”. Poważnieje i filozoficzny się robi bardziej, a ta jego filozofia coraz bardziej się komplikuje. Ale mi to nie przeszkadza, bo to, co pisze jest niegłupie i chociaż nie zawsze takie całkiem odkrywcze, to poprzez sposób ukazania – w stylu komedii blisko spokrewnionej z Monty Pythonem – zupełnie świeżo brzmiące. Podoba mi się ten nowy Pratchett i
śmieszy, choć to już inny śmiech niż w pierwszych częściach cyklu. Czekam na następne.

HO. HO. HO.

do góry

Zagraj, a zrozumiesz
[Nick Leeson, Łajdak na giełdzie]

14 listopada 2004, BiblioNetka

Z noty wydawcy: „W czwartek, 23 lutego 1995, z singapurskiej placówki banku Barings – najbardziej szacownej instytucji finansowej Wielkiej Brytanii – wyszedł młody makler Nicholas Leeson. Nie pojawił się więcej w pracy. Dopiero dwa dni później jego szefowie odkryli, że na jednym z kont Baring Securities znajdują się dziesiątki kontraktów futures (…) Nikt o nich nie wiedział. Nikt nie wiedział, że Barings posiada portfel kontraktów i opcji oznaczających dlań stratę setek milionów funtów. Skutek mógł być tylko jeden – bankructwo.”

Czytałem tę książkę jakiś czas temu, w szczególnym dla mnie okresie życia: właśnie wycofałem z giełdy ocalale resztki kapitału i liżąc rany sumowałem straty. A w Anglii upadał Barings. Obserwując krach giganta i mój własny rozpocząłem niezwykłe – bo prawdziwe i aktualne – studium zarozumialstwa, pychy i przekonania o własnej nieomylności, o jakie tak łatwo, gdy się jest młodym, błyskotliwym i zdolnym drapieżcą giełdowym. I także studium – równie boleśnie prawdziwe – skostnienia, zastygnięcia, zaskorupienia w sformalizowanych procedurach szacownej insytucji finansowej, gdzie, jak zwykle, okazało się, że najsłabszym jej punktem byli zadufani w sobie yuppies.

„Łajdak na giełdzie” to bardzo pouczająca lektura. Pouczająca dla każdego, nie tylko dla znawców przedmiotu. Nick Leeson przedstawia w niej bowiem swój prawdziwy, bez zakłamania i bez próby usprawiedliwiania, obraz zwycięzcy w wyścigu szczurów, któremu nagle meta z tłustą nagrodą przemienia się w śmiertelną pułapkę. To prawdziwy obraz człowieka w pułapce bez wyjścia, który wbrew krzyczącym faktom próbuje łudzić się, że wyjście musi być, a potem ucieka na oślep, przed siebie, usiłując wbrew wszystkiemu zapomnieć o trzęsieniu ziemi, którego był sprawcą, wzorem dziecka zamiatającego pod dywan resztki rozbitego wazonu… Taki wpływ na psychikę uczestników ma właśnie giełda: każdy jest skażony, zwycięzca i przegrany. Każdy nosi w sobie zalążek złudzenia, że zawsze można się odegrać, że karta musi się odwrócić. Że raz na wozie itd. I tak brnie sie w porażkę, która nieuchronnie zmienia się w klęskę, w katastrofę. I największą sztuką staje się umiejętność powiedzienia sobie „dość” w odpowiednim momencie, a im kto większe miał w tej grze sukcesy, tym mu trudniej…

Ta historia kończy się źle, także już w czasie następującym po opisanych zdarzeniach. Nick Leeson trafił na kilka lat do azjatyckiego więzienia. Wyszedł stamtąd z rakiem żołądka i chyba już nie żyje. Barings zniknął z rynku, wykupiony za grosze przez grupę bankową ING. Najlepiej wyszedłem na tym ja. Poobijany wyleczyłem się z giełdy na długo. Trochę w tym zasługi Nicka Leesona, a trochę tego, ze mam jeden potężny atut: ja już dawno nie jestem yuppie!

Polecam wszystkim, a już szczególnie nowemu narybkowi inwestorów, jacy nieuchronnie pojawią się pełni entuzjazmu na giełdzie, na fali nadspodziewanie wysokich dochodów z prywatyzacji PKO BP. Niech Nick Leeson będzie dla was symbolem memento. I pamiętajcie, że starzy gieldowi wyjadacze mówią na Was: świeże mięsko.

do góry

Może raczej w teatrze?
[Jerzy Pilch, Narty Ojca Świętego]

16 listopada 2004, BiblioNetka

„Narty Ojca Świętego” to sztuka teatralna, taka groteska-jednoaktówka, a może pastisz jednoaktówki? W każdym razie da się wystawić na scenie, co już zresztą uczyniono i ludziska ponoć walą drzwiami i oknami, a bilety wyprzedane na dwa miesiące naprzód. Mimo potraktowania na serio formy tego dzieła, mimo ogłoszenia go debiutem scenicznym autora, ja czytając miałem wrażenie, że Pilch się zgrywa, że to pisanie w formie scenariusza teatralnego to jego kolejny wic, kpina z cmokających z podziwu krytyków.

Jerzy Pilch, urodzony wiślak (1952 r.), góral z żywiecczyzny, prozaik, publicysta, luter-heretyk, laureat Nike, mistrz lekkiego pióra, człowiek trunkowy, enfant terrible polskiej literatury. Autor niezliczonych felietonów, a ponadto m.in. „Spisu cudzołożnic” (1993), „Rozpaczy z powodu utraty furmanki” (1994), „Innych rozkoszy” (1995), „Bezpowrotnie utraconej leworęczności” (1998), „Pod Mocnym Aniołem” (2000) i wreszcie „Miasta utrapienia” (2004). To ostatnie dzieło podkreślam nie bez powodu, ponieważ „Narty…” wywodzą się wprost z niego.

Rzecz jest bowiem kontynuacją jednego z bocznych wątków „Miasta utrapienia”, mianowicie wątku o możliwym przyjeździe papieża do Granatowych Gór, miejsca, gdzie Ojciec Święty jeździł w młodości na nartach. W tych ramach kreśli Pilch kilka scenek, pokazuje kilka postaci, parę razy pozwala się uśmiechnąć, nawet szczerze. Niestety, nic więcej nie mogę zdradzić, bo książeczka jest tak cienka, że każdy bardziej szczegółowo opisany przykład byłby ujawnieniem znacznej części fabuły. Nie ma jej niestety za dużo. Ładnie za to Pilch kilkoma kreskami naszkicował postacie. Podobała mi się zwłaszcza… nie, no nie powiem, bo znów zdradziłbym sens połowy książki. Taka to cienizna, chociaż na oko nie wygląda, bowiem składana jest wg nowej mody, która prekursorów ma, jak się zdaje, w – nomen omen – masarnictwie, gdzie z 1 kg surowego mięsa robi się ostatnio zgodnie z normą 1,20 kg wędzonej szynki.

Czyta się „Narty…”, jak zwykle u Pilcha, wartko, gładko i szybko. Zabawny prowincjonalizm tej książeczki wygląda autentycznie, sceny, mimo ze krótkie i w niewielkiej ilości, są spójne i celne. A jednak…

Mimo niewątpliwych zalet omawianej pozycji, znowu mnie Pilch na kolana nie rzucił. Jak to jest, że pisarz, który generalnie mi się podoba, którego felietony lubię, którego pojedynczo rozpatrywane elementy powieści cieszą mnie i śmieszą, czytany w całości, w zamkniętej formie książki, jakiś wydaje mi się w ostatecznym rozrachunku nijaki? Mam nawet takie wrażenie, że on mnie olewa. Nie wiem, nie wiem… Do psychoanalityka iść, czy do teatru? Bo może tam…?

do góry

Spowiedź z życia autora thrillerów
[Stephen King, Serca Atlantydów]

16 grudnia 2004, BiblioNetka

Przyznam, że nieufnie podchodziłem do tej książki. Nie przepadam za opowiadaniami, zwłaszcza w wykonaniu mistrzów dłuższej formy – mam często wrażenie, że publikując formy krótsze odcinają kupony od uzyskanej innym sposobem sławy. Na szczęście okazało się, że King poszedł inną drogą: z dwóch osobnych opowiadań zrobił jedną spójną całość, dopisując trzy łączące je rozdziały. Zabieg genialny, bo wszystkie części zachowały samodzielność, równocześnie w całości tworząc jednorodną powieść. Tym łącznikiem stały się postacie – drugoplanowe w jednej części, awansujące do głównych ról w następnych.

Co mnie najbardziej zaskoczyło – jest to książka w zasadzie obyczajowa. King sprawy fantastyczno-thrillerowe załatwia w pierwszej części, potem tylko przemykają gdzieś w bardzo dalekim tle i mogłyby zostać niezauważone, gdyby nie umieszczony w dziwnym miejscu klasyczny finał rodem z sf. King zafundował go już w połowie książki, na zakończenie pierwszego rozdziało-opowiadania, i tylko dlatego czytelnik ma w pamięci, że elementów tego gatunku należy w tej książce poszukiwać.

Potem „Serca Atlantydów” stają się rozliczeniem Kinga z własną przeszłością, z historią swojego pokolenia. Od czasów szkolnych, przez studia i wojnę w Wietnamie, po zagubienie kombatanckiego pokolenia. Rzadko czytam amerykańskie rachunki sumienia z tamtych czasów, nie przemawiają do mnie, są obce. Kingowi udało się przeskoczyć poziom mojej nieufności i dystansu. Powiem prosto: to piękna książka, piękne rozliczenie z samym sobą, w słowach i uczuciach na tyle uniwersalne, że mógłbym się z tym utożsamić, biorąc w nawias rzeczywistość, na której tle King tę spowiedź uskutecznia.

Nie dziwi mnie też, że młodym czytelnikom „Serca Atlantydów” specjalnie się nie podobają. Myślę, że do tej książki trzeba mieć już swoje lata i trochę za sobą. Ona powinna przemówić raczej do pokolenia „statecznych mężczyzn na kierowniczych stanowiskach”. Bo każdy taki facet, gdyby umiał pisać tak pięknie jak King, mógłby uczynić równie pasjonującą spowiedź. Ale nie umie, dlatego zadowolić się musi tym, że ktoś to za niego uczyni.

do góry

Powrót do strony głównej