Recenzje z lat 2008-2009

Spis treści:

Chaos ujarzmiony
[Jacek Dukaj, Inne Pieśni]

15 lutego 2008, blog „Ja, woy”

Dawno nie pisałem nic o książkach, ale też i powodu nie było. Tym razem jest. „Inne pieśni” Dukaja zachwalano mi od dawna, ale jakoś schodziło, mimo że mam tę książkę od paru już miesięcy. Może z powodu, że mnie trochę autor zirytował brakiem kontynuacji „Perfekcyjnej niedoskonałości”, a może ze zwyczajnego lenistwa. Ale w końcu zabrałem się i… No cóż. Co ja będę tu w pokrętne zdania owijał. To jest świetne.

Zaimponował mi Dukaj. Po pierwsze umiejętnością drobiazgowego zbudowania świata alternatywnego i niepójściem tu na łatwiznę w postaci stworzenia odnogi dziejów, będącej wynikiem innego przebiegu historii na przykład. O nie – Dukaj poszedł dalej. Jest to bowiem alternatywność nie świata samego, tylko – ja wiem…? Rzeczywistości? Alternatywność polega tu nie na odpowiedzi, co byłoby, gdyby milion lat temu tygrys dopadł inną małpę, niż dopadł, albo asteroida, zamiast walnąć w Arizonę, czy inny Jukatan, przeleciała obok, albo Pitagoras w wieku dziecięcym zleciał ze schodów Akropolu i skręcił kark, albo Francuzi ustrzeliliby Hitlera gdzieś pod Verdun, zamiast przytruć go gazem. Tu rozwidlenie następuje w chwili, gdy okazuje się, że jednak słońce kręci się wokół Ziemi, a istota natury oparta jest nie na protonach, neutronach, kwarkach, kwantach i innych takich paskudztwach, tylko na uczciwych i namacalnych czterech żywiołach Ziemi, Powietrza, Wody i Ognia. Gdzie porządek rzeczy opiera się o Formę, której źródłem jest człowiek, a nie o jakieś tam fanaberie Einsteina. Precyzja budowy takiej rzeczywistości jest u Dukaja tak sugestywna, że czytelnik w pewnym momencie zaczyna zastanawiać się, czy taka alternatywa rzeczywiście jest możliwa i w jakich okolicznościach. No bo gdyby świat to było tylko to, co tworzymy wokół siebie – my, jednostki, my, osobowości, my, Formy… Gdyby było tak, to przecież mógł przegrać Galileusz, mógł przegrać Kopernik, moglibyśmy żyć w w świecie geocentrycznym, otoczeni sferami niebieskimi, w rzeczywistości kształtowanej siłą najsilniejszych osobowości.

Podjął się też autor strasznie trudnego zadania opisania chaosu – nie, nie opisania – ulokowania w nim akcji, zrobienia z chaosu, z jego składników, że tak powiem, „podmiotu osobowego” jak to zgrabnie nazwał jeden mój znajomy. I stwierdzam z satysfakcją, że zabieg ten mu wyszedł. Wyszedł obraz przekonujący, opis deformacji, łącznie z deformacją języka, jest genialny. Myślę, że gdyby ktoś chciał to sfilmować, nigdy nie potrafiłby oddać wiernie tego, co Dukaj sobie wyobraził i co nam tak przekonująco przedstawił.

Dał mi więc Dukaj dużą dozę znakomitej rozrywki intelektualnej, wygimnastykował wyobraźnię i do tego ubrał to wszystko w bardzo dobrą fabułę. Nie mam się do czego przyczepić. No, może jedynie do rozczarowującego rozstrzygnięcia konfliktu z Czarnoksiężnikiem. Miałem trochę wrażenie, że autorowi, bo licznych wygibasach mentalnych, na chwilę przestało się chcieć. I jeszcze to ostatnie zdanie, kończące epopeję pana Berbeleka, zdanie piękne, efektowne, rozmachnięte: „I ostatnim cięciem krzywego ostrza pan Berbelek zrozumiał wyraz twarzy umierającego adynatosa” – jakże śliczny, moim zdaniem, finał, sporządzony metodą, którą na własny użytek nazywam „metodą Lennona”. Myśl czytelniku, myśl… Kombinuj, co autor chciał przez to powiedzieć… 😉

[Jacek Dukaj „Inne pieśni”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007]

do góry

Alchemia Koziołka Matołka
[Paulo Coelho, Alchemik]

18 marca 2008, blog „Ja, woy”

Kilka lat temu środowiskiem miłośników fantasy wstrząsnęła publikacja, najpierw w usenecie, skąd rozlała się na liczne fora i blogi, wiekopomnej sagi o Bohaterze imieniem Brilthor. Autorem był anonimowy, młodociany geniusz pióra, a jego Dzieło stało się nieprzebraną kopalnią sygnaturek i cytatów, do dziś z upodobaniem przytaczanych przez wiebicieli twórczości mistrza. Potem minęły lata, młodociany Nikifor fantastyki z pewnością dorósł.

I napisał „Alchemika”.

A jeśli nawet nie napisał, to mógłby – zbieżność stylu i głębi jest porażająca. Oczywiście „Alchemik” jest lepszy – nie ma na przykład zupełnie błędów ortograficznych. Choć po głębszym zastanowieniu nie wiem, czy akurat to jest jego zaletą. Błędy w „Brilthorze” stanowiły jego integralną część i napełniały tekst specyficznym urokiem…

A ostrzegali: nie czytaj, nie warto. We mnie jednak siedzi dusza poszukiwacza i odkrywcy. Lubię zobaczyć na własne oczy, przekonać się sam. No i przekonuję się, najczęściej, że mieli rację. „Alchemik” to opowieść o pasterzu imieniem Santiago, ktory miota się po okolicznym świecie w poszukiwaniu czegoś, jak można się łatwo domyślić – sensu życia. W celu odszukania tego sensu wybiera się do Egiptu pod piramidy, a o tym, że jechac ma właśnie tam, dowiaduje się w sposób, który muszę tendencyjnie zacytować, bo oddaje pełnię literackiej wartości pisarstwa mistrza Coelho:

– Dwa razy z rzędu śniło mi się to samo – zaczął opowiadać [Santiago] – (…) pojawiło się jakieś dziecko i zaczęło bawić się z moimi owcami. (…) Nagle chwyciło mnie za rękę i zaprowadziło do Piramid w Egipcie. (…) Tam przy Piramidach w Egipcie dziecko powiedziało mi: „Jeśli dotrzesz tutaj, znajdziesz ukryty skarb”.
(…)
– Ten sen jest w języku świata – powiedziała [staruszka] – (…) A jego przesłanie jest takie: powinieneś iść do egipskich Piramid. Wprawdzie nigdy o nich nie słyszałam, ale skoro pokazało ci je dziecko, to na pewno istnieją. Tam odnajdziesz skarb i będziesz bogaty.*)

I tak jest z głębią przemyśleń egzystencjalnych Coelho przez cały czas. Resztę zawartości da się bowiem streścić w kilku słowach: Santiago powędrował do Egiptu, po drodze miał kilka przygód i spotkał różnych ludzi, w tym jedną kobietę przecudnej urody, a na koniec się okazało, że cała jego wyprawa była psu na budę i musiał wracać, i dopiero wtedy odnalazł skarb. Czyli morał z tej historii wynika taki, że nie ma co szukać po szerokim świecie czegoś, co jest bardzo blisko. Nie jest to morał nowy. Najbardziej mi utkwiło w pamięci identyczne przesłanie, które zawarł Kornel Makuszyński w „Przygodach Koziołka Matołka”. I jednak, jednak… Koziołek Matołek miał zdecydowanie więcej wdzięku.

[Paulo Coelho „Alchemik”, wyd. Drzewo Babel, Warszawa, 1998]

PS. Oczywiście wiem, że autor „Brilthora” „Alchemika” napisać nie mógł, ze względu na lukę pokoleniową i rozziew czasowy. Ale miło jest tak sobie poszukać analogii i odbyć wędrówkę przez dzieła tak duchowo sobie bliskie, choć rozdzielone epoką. Zresztą sprawdźcie sami, „Brilthora” można łatwo wyguglać. Coelho potem smakuje inaczej.

*) – cytat skróciłem nieco, choć z żalem, bo tam, gdzie powstawiałem wielokropki, było charakterystyczne dla tej książki mamlanie słów bez większego sensu.

do góry

Piedestał z wątpliwościami
[Doris Lessing, Piąte dziecko]

28 marca 2008, blog „Ja, woy”

„Piąte dziecko” to dobra książka, a Doris Lessing to dobra pisarka. „Piąte dziecko” poza ciekawą akcją i trochę niechlujnym stylem pisania daje czytelnikowi kilka przesłań i mówi sporo różnych istotnych rzeczy, mam nawet wrażenie, że więcej, niż zamierzała autorka. Bo i o trudzie akceptacji odmienności, i o dramacie wyborów, jakich dokonywać muszą czasem rodzice, o postawach społecznych, o rodzinie w ogóle, o konflikcie pomiędzy deklaracją ideową (by nie rzec ideologiczną) sposobu na życie, a samym życiem z jego skrzeczącą prozą, czyli o przepaści pomiędzy teorią i praktyką, a i o tajemnice genetyki zahacza po dyletancku. Mam nawet wrażenie, że momentami przemyca nam prastary dylemat cygańskich rodzin wielodzietnych (myć te, czy robić nowe?). Robi to wszystko w taki sposób, że zajmuje myśli na długo po zamknięciu ostatniej strony. To jest jeden z istotniejszych wyróżników dobrej literatury: jeśli po odłożeniu na półkę przez jakiś czas nie pozwala zasnąć. Czyli co? Dobra książka? No… dobra. Bardzo dobra.

Tylko, kurczę… czy aż na Nobla? Nie czytałem Lessing nic więcej, ale jeśli inne książki są podobne w treści, stylu i przesłaniu, to to jest taka sobie bardzo dobra literatura popularna z ambicjami. Jeśli za takie dzieła daje się najbardziej prestiżową nagrodę świata, to czemu nie Kingowi na przykład? Może i Pratchett by się w pobliże nominacji załapał, gdyby tylko przestał się tak bez przerwy uśmiechać? Przesadzam? Pewnie, że przesadzam. Ale nie aż tak bardzo.

Oceniam „Piąte dziecko” wysoko. To jest dobra proza i łatwo trafiająca do czytelnika. Żeby móc tę książkę ocenić w taki sposób, musiałem dokonać sporej pracy mentalnej i postarać się zapomnieć, że oto czytam dzieło pisarki, uznanej ostatnio za najwybitniejszą na świecie i nagrodzonej tak, że wyżej już się nie da. Bo Lessing to świetna autorka, której wyniesienie na piedestał dla niej zbyt wysoki w moich oczach zaszkodziło. Na laureatów Nobla patrzy się bowiem z wyższego poziomu. Niedobrze, gdy człowiek musi się przy tym schylać.

[Doris Lessing „Piąte dziecko”, Państwowy Instytut Wydawniczy, 2007]

do góry

Zagadane piękno
[Jacek Dukaj, Lód]

12 sierpnia 2008, blog „Ja, woy”

No i stało się! Koniec! Zamknąłem ostatnią kartkę z exlibrisem i z ulgą uświadomiłem sobie, że tysiąc stron z okładem już poza mną. Pan Benedykt odnalazł, jak można było przewidzieć, pannę Jelenkę, pokrętnie wyznał jej miłość, nawet obiecał uleczyć z ciężkiej gruźlicy, samym swoim jestestwem, że tak powiem. Na dworze krew, głód, błoto, męka, chaos, meszki, trupy, rewolucje ze trzy naraz, kłamstwo z prawdą przemieszane, nic stałego, nic przewidywalnego, nic zamarzniętego. Lato. Odmrożona Historia potoczyła się z hukiem i na oślep (z wyjątkiem niektórych miejsc, jeśli panu Benedyktowi wyjdą jego matematyczno-deterministyczno-mistyczno-biznesowe plany), a oni będą żyli długo i szczęśliwie. Przeczytałem „Lód”!

Muszę sprawiedliwie przyznać, że to dobra książka. Postawiłem piątkę wcale nie za pracowitość – za tę chętnie bym Dukajowi odjął co nieco – tylko za rozmach, wielowątkowość (a raczej labiryntowe zawijasy opowieści, bo odrębnych wątków specjalnie dużo nie było), genialne gawędziarstwo, piękny język, opisy jak żywe, doskonałe stylizacje, ciekawe pomysły na fantastyczne tło i gadżety i za szczęśliwe zakończenie. Że nie szóstkę? Musiałem obciąć za dość słabą linię głównego pomysłu fabularnego, niewiarygodność motywów podstawowych intryg, nieprawdopodobne gadulstwo i dużo niepotrzebnego tekstu. „Lód” to książka, do której z chęcią wróciłbym za jakiś czas. Wróciłbym, żeby do końca zrozumieć wszystkie meandry tej historii i żeby jeszcze ponurkować w przestrzeniach bezkresnej Syberii. Jeśli nie wrócę, to tylko dlatego, że przeraża mnie wielkość tego tekstu, nieproporcjonalna do jego nasycenia zawartością. Nadmierna pracowitość autora, znaczy się. 🙂

Jacek Dukaj mi imponuje. Ostatnie lata to nieprawdopodobnie szybki rozwój jego umiejętności pisarskich. Ja czytywałem wcześniej jego coś tam, jakieś opowiadania, „Katedra” była niezła, ale nie robiły na mnie wstrząsającego wrażenia, więc nie zwracałem szczególnej uwagi. Aż tu ukazała się „Perfekcyjna niedoskonałość” i od tego momentu zaczął Dukaj w moich oczach bardzo szybko rosnąć. I tak z książki na książkę, aż do „Lodu”. „Lód”, mimo niedoskonałości (perfekcyjnych nawet trochę 🙂 ), jest bowiem książką, która śmiało może wyjść z fantastycznego getta na mainstreamowe salony i wstydu fandomowi nie przyniesie. Ba, sporo ambitnej, głębokiej, człekoanalitycznej prozy, polskiej i nie tylko, może z powodzeniem buty panu Dukajowi, prawda, czyścić. A już paru ostatnich laureatów rozmaitych prestiżowych nagród zwłaszcza.

Mogę polecić z czystym sumieniem, mimo że doskonałością bez skazy „Lód” nie jest. Oby więcej takich niedoskonałości.

[Jacek Dukaj „Lód”, Wydawnictwo Literackie, 2007]

do góry

Biegi detaliczne
[Olga Tokarczuk, Bieguni]

5 listopada 2008, blog „Ja, woy”

Zacznę, jak zwykle, anegdotką. Pewien mój znajomy pasjonuje się fotografią detaliczną. Najważniejszą funkcją w jego aparacie fotograficznym wydaje się być zoom. Robi to zresztą bardzo dobrze, jego prace są piękne i artystycznie dopieszczone. Jednak wydaje mi się czasem, że ten detalizm zdominował jego sposób widzenia dookolnego świata. Publikuje na przykład cykl zdjęć zatytułowany: „Moja droga do pracy”, a tam: na jednym zbliżenie pięknego kwiatka, na drugim pszczółka na kwiatku, na trzecim biedronka, ślimaczek, sosnowe szpilki, komar w locie… Prześliczne. Tylko gdybym chciał się czegoś bliższego dowiedzieć o tej drodze, to, hm, nie za bardzo.

Tak w moich oczach wyglądają „Bieguni” Olgi Tokarczuk. Biorąc tę książkę do ręki oczekiwałem obrazków z wędrowania przez świat i życie różnych ludzi i tak rzeczywiście jest. Ta książka to w rzeczywistości album z fotografiami z rozmaitych podróży. Nie ma tu jednej spójnej akcji, jakichś powiązanych wątków, bohaterów, ciągłości zdarzeń. Są migawki, przypadkowe ujęcia, jedne większe, inne mniejsze, jedne wyraźnie związane z tematem nadrzędnym, czyli wędrowaniem, inne mniej, a inne wcale i te sprawiają wrażenie zapełniacza stron. Taka idea byłaby do przyjęcia: powieść-album. Tyle, że te zdjęcia z podróży są takie, jak zdjęcia z drogi do pracy mojego znajomego: detaliczne i w swojej detaliczności gubiące to, co w podróży wydaje mi się najważniejsze, czyli widok nowego dookoła mnie. Tokarczuk, goniąc swoich bohaterów przez różne okolice geograficzne lub psychiczne, przy ich fotografowaniu używa zoomu x30, w dodatku skierowanego pod nogi. W efekcie otrzymujemy śliczne obrazki przydrożnych kamyków w gigantycznym powiększeniu, żuczków, muszek i zarazków. Natomiast to, co powinno być drogi kwintesencją, czyli postawienie wędrowca wobec wyzwań wynikających z generalnego faktu rzucenia go w nowe środowisko, odmiejscowienia go i pozbawienia domu stałego pobytu, tego w tej książce brakuje. Wędrowanie, które miało być w „Biegunach” sednem, jest właściwie do niczego niepotrzebne. Te same problemy, emocje i stany psychiczne można by opisać w książce pt. „Zasiedziali” na przykład. Motyw wiecznej drogi nic do przesłania książki bowiem nie wnosi. A już preparowanie zwłok, myśl przewodnia bardzo dużej części tekstu, w szczególności.

Rozczarowałem się więc trochę, zwłaszcza że są elementy w powieści, które wyglądają na ciała obce, napisane z inną myślą i innym założeniem, a tu doczepione na zasadzie, żeby się nie zmarnowały w szufladzie. W sumie więc „Bieguni” to książka niezła, ale jeśli wierzyć opinii wytłuszczonej na okładce, że to chyba najlepsza powieść Tokarczuk, to ja nie wiem, czy zachęca mnie to do sięgnięcia po te inne, skoro gorsze.

[Olga Tokarczuk, „Bieguni”, Wydawnictwo Literackie, 2007]

do góry

Erudycyjne walory salonowca
[Marcel Proust, Strona Guermantes]

14 stycznia 2009, blog „Ja, woy”

Mówią niektórzy, że jak na erudytę, to ja za mało oczytany jestem. I że „Winnetou” się nie liczy. Postanowiłem więc to naprawić, a że do Jeżycjady serca jakoś nie mam, wziąłem się za Prousta. Zacząłem od początku, od „W stronę Swanna”, po którym ogarnęły mnie uczucia ambiwalentne, acz raczej z przewagą pozytywnych, choć nie do tego stopnia, żebym chciał zaraz rzucać się na ciąg dalszy. Minęły miesiące, aż tu czytam u jednego luminarza, że przeczytanie jednego Prousta to obciach i że nawet dwa wyglądają licho i mało intelektualnie. Ubodło mnie to w ambicję i postanowilem podciągnąć się przy najbliższej okazji. Okazja przyszła tuż przed świętami: wpadła w moje ręce kolejna część dzieła, czyli „Strona Guermantes”.

Tak tak, ja wiem, że nie po kolei i że mnóstwo straciłem, opuszczając rzecz o zakwitających dziewczętach, ale mnie w Prouscie kolejność czytania nie interesuje specjalnie, bo fabuła „W poszukiwaniu straconego czasu” i chronologia zdarzeń tam zachodzących zajmuje mnie średnio. Przyznaję od razu, że czytam Prousta wyłącznie ze względów szkoleniowo-warsztatowych (i żeby mnie już żaden luminarz nie zagiął argumentem: mądrzy się, a ledwie jednego Prousta przeczytał). Mówiąc jaśniej, fascynują mnie w nim epizody, sceny, wątki poboczne, a w nich sposób opisywania, przedstawiania uczuć i obrazów za pomocą słów. To mnie w Prouscie intryguje najbardziej: że spod wielkiej nawały tekstu, spod staroświeckiej maniery pisarskiej, spod lawiny słów i niemodnych sformułowań wychodzi klimat i trafność obserwacji i jakaś uniwersalna prawda o ludzkiej psychice i wrażliwości.

A tak naprawdę zaczęło się prozaicznie i trochę przypadkowo. Podczas którejś tam z rzędu lustracji okolicznej księgarni przy okazji zakupów supermarketowych rzucił mi się w oczy ten właśnie, trzeci tom Prousta. Postawiony ni z gruszki ni z pietruszki na półce między różnymi Harukami Murakami i Coelhami, stał sobie samotnie, z wyglądu i filozofii okładki stanowiąc najwyraźniej integralną część większej całości, a jednak zostawiony na pastwę losu i jakby smutny. Wygladało, jakby mu znienacka wykupili z sąsiedztwa wszystkie Swanny, Albertyny i Sodomy z Gomorami, a jego nie chcieli, jakby gorszy był albo trędowaty. Zlitowałem się więc, chociaż raczej na Prousta gotowy nie byłem, ale nie lubię, gdy książkom jest smutno. I tak leżał sobie u mnie, leżał, aż przyszła na niego pora.

Tę porę na początku przekląłem kilka razy. Bo „Strona Guermantes”, podobnie do „W stronę Swanna”, bardzo do mnie nierówno trafiła. Pierwsze strony, ba, pierwsze sto pięćdziesiąt bez mała stron, to była droga przez mękę. Już dawno nie czytałem niczego, co by mnie tak mało obchodziło, przez co przedzierałbym się z tak wiekim trudem i poświęceniem. Nic do mnie z tych stron nie przemawiało: ani treść (co nie dziwne) ani nawet język, bo jakiś mi się w tym wstępie rozmamłany i nudny Proust wydał, i gdyby nie to, że skądinąd wiadome jest, że lubi ten pisarz znienacka zaskoczyć i wciągnąć niczego nie podejrzewającego znudzonego czytelnika, to bym już dawno walnął dziełem w kąt. Bardzo jednak rozczarowany byłem, zwłaszcza po Swannie, do którego miałem różne zatrzeżenia formalne i fabularne, ale że był nudny, to nie. Podczytywałem więc sobie po pięć stroniczek dziennie, co przy objętości 550 bitych stron dawało mi gwarancję zajęcia na najbliższe cztery miesiące. Aż tu nagle… Nagle okazało się, że Proust niepostrzeżenie z nieprzekonującego mamłania przerzucił mnie w tekst, którym mnie zachwycił.

Cały środek, do strony 400 z ogonkiem, przeczytałem niemal jednym tchem, w ciągu jednego dnia. Co mnie zachwyciło? Nie wiem, wszystko: prześliczny romans Saint-Loupa z dziwkowatą aktoreczką Rachelą, a jeszcze bardziej dramatyczne opisy choroby i śmierci babki Marcela. Ale też i inne poboczne, towarzyszące temu sprawy, drobiażdżki takie jak wizyta Albertyny na przykład, jak niektóre (niektóre! podkreślam) sekwencje ze spotkań towarzyskich, jak ładne analizy literackie. Czytając te fragmenty wahałem się w ocenie między piątką i szóstką i tylko pamięć słabizny wstępu skłaniała mnie raczej ku piątce.

A potem – wzięło i się rozkraczyło. Końcówka była bowiem beznadziejnie irytująca. Ja nie wiem, ale ciągnące się setką stron bez mała heraldyczne opisy koligacji Guermantów i Courvoisierów, a zwłaszcza drobiazgowe, wielostronicowe analizy rzekomego „charakteru rodowego”, jaki cechowali się osobnicy z omawianych rodów, co jest bzdurą piramidalną, a co Proust uczynił jedną z wiodących myśli tego tomu, nieprawdopodobne dłużyzny nudnych jak flaki opisów obiadów i spotkań, niekonsekwencja i brak pomysłu na suspens niektórych epizodów (jak chociażby ten z Charlusem, którego sensu do tej pory nie potrafię znaleźć), a także jedna rzecz, co do której nie mam pewności, czym jest, ale czym by nie była, jest dla mnie nie do przyjęcia (o tym za chwilę), to wszystko nagle wyhamowało mój entuzjazm, spowolniło tempo czytania tak, że ledwie zdołałem zmieścić się w weekendzie, mimo że na ostatni dzień zostało mi tylko sto stron, i dramatycznie obniżyło ocenę całości, pozwalając jedynie na mizerną czwórczynę. W sumie więc wielkie rozczarowanie, tym większe, że w środku byłem pełen euforii i cieszyłem się, że wreszcie będę w ocenie z entuzjastami Prousta zgodny. Niestety, niestety…

Tu chciałbym wrócić na chwilę do jednego proustowskiego elementu, który bardzo osłabia moją ocenę twórczości tego pisarza. Zauważyłem to i zirytowało mnie już w Swannie, a w „Stronie Guermantes” biło w oczy tym bardziej, że dotyczyło wiodącego elementu fabuły tego tomu. Chodzi o jakość spotkań elity towarzyskiej Paryża. Z tych opisów wynika bowiem, że większość tych ludzi to musieli być albo osobnicy z syndromem Downa, albo dla odmiany posiadacze zespołu ADHD, albo w końcu zwykli idioci. Czytając ich dialogi, ich „błyskotliwe” dowcipy i riposty, ich wreszcie erudycyjne popisy, miałem wrażenie, że albo Proust robi sobie jaja, albo oni tacy rzeczywiście byli, albo on nie potrafi tego opisać. Owszem, Proust co i raz, zwłaszcza w końcówce, zaznacza, że te „intelektualne” rozmowy i pseudoerudycyjne wymądrzanie to objaw płycizny i pustki intelektualnej, że ci salonowcy w rzeczywistości nadawaliby się raczej do gry w salonowca niż do kształtowania poziomu kulturalnego stolicy świata, ale jakoś nie bardzo wychodzi mu pokazanie różnic między tymi, których za dobrze urodzonych idiotów uważa, a tymi, którzy wedle niego są ponad tę pustotę salonową. Ci i ci wypadają tak samo. Debilnie czyli. Może ma w tym pewien udział staromodny styl pisania, w którym emfatyczne przedstawianie uczuć gra rolę pierwszoplanową, ale nie tylko. Ci ludzie, zwłaszcza ci z założenia mądrzy i inteligentni, nie ci przedstawiani jako dobrze ubrani kretyni, także nie mają przeważnie nic istotnego do powiedzenia, nic nad czym warto by się zatrzymać i zastanowić. Sadzą zwykłe oczywistości i komunały, a tylko Proust każe nam wierzyć na słowo, że to są lumiarze intelektu tamtej epoki. Właściwie można odnieść wrażenie, że jedynym, kogo warto słuchać, jest sam Proust, bo tylko jego analizy i sądy, a zwłaszcza to, co się sączy spomiędzy wierszy, jest w tej książce piękne i wartościowe. I tak w efekcie jest, tylko w bezpośrednich, własnych słowach Prousta można coś wartościowego znaleźć i czymś się zachwycić. Reszta to śmiech pusty.

I tak oto, dokształcony erudycyjnie, mogę wrócić do normalności. A powyższy tekst nie jest, aby kogoś do Prousta zachęcać czy wręcz przeciwnie. Proust swoje miejsce w literaturze ma, swoch entuzjastów oraz krytyków, znacznie ode mnie możniejszych, także. A to tylko takie uwagi na marginesie, nie żebym się miał z kimś zaraz o Prousta szarpać. Nie będzie mi się chciało 🙂

[Marcel Proust „Strona Guermantes”, Prószyński i S-ka, Warszawa, 2000]

do góry

Powrót do strony głównej

Back to Top