Recenzje z roku 2006

Spis treści:

Szkoda czasu
[Roberts Adam, Kod Edy Vinci]

4 stycznia 2006, BiblioNetka

To będzie najkrótsza moja recenzja. Cała zawiera się w tytule…

…ale ponieważ redakcja żartów z formy nie przewiduje, niech będzie, że trochę rozwinę:

W ogóle zastanawiałem się, czy warto klawiaturę zużywać na tę opinię. Napiszę jednak krótko, bo to swego rodzaju fenomen jest. Otóż plasuje się u mnie ta książka na widoku z dwóch powodów. Po pierwsze, starałem się znaleźć coś gorszego od niej, co zdarzyło mi się w życiu przeczytać, i jak dotąd nie znalazłem (wszelkie sugestie mile widziane, może jakąś pozycję niesłusznie w tym rankingu pomijam). Po drugie, autorowi (autorce?) udała się sztuka nie lada: napisał(a) parodię książki gorszą od oryginału, co w efekcie zakłóca związek przyczynowo-skutkowy między tymi książkami (nieuprzedzony czytelnik może mieć problemy z rozszyfrowaniem, kto kogo parodiuje).

Niby teoretycznie założenie było dobre – Brown aż się prosi o parodię i wymyślone przez autora-parodystę grepsy teoretycznie są niezłe: sposób śmierci kustosza, dorsz jako siła sprawcza w epicentrum wydarzeń, niezłe pomysły na wykpienie sposobu pisania Browna… Tyle że to w ogóle nie śmieszy! To znaczy śmieszy, jak człowiek nie czyta, tylko sobie niektóre rzeczy sam wyobrazi – wtedy tak, wtedy to zaczyna być parodią. Gdy się czyta, to wychodzi z tego tylko nudna jak szlag, marnie napisana książczyna. Jaki z tego morał? Nie wystarczy mieć pomysł, trzeba jeszcze go umieć opisać! Umiejętność przelania poczucia śmieszności na papier to sztuka, nie każdy ją posiada.
do góry

[Kurt Vonnegut, Trzęsienie czasu]

13 marca 2006, pl.rec.ksiazki

Ja Vonneguta za dużo nie czytałem. „Rzeźnię numer 5”, „Kocią kołyskę” i coś jeszcze, teraz nie pamiętam, bo to dawno było. Z tych lektur pisarz przypomina mi się sympatycznie, taki cyniczny ironista w moim typie. No to kupiłem sobie „Trzęsienie czasu” z nadzieją na odświeżenie starej znajomości. I co? okazuje się, że pisarze też się starzeją, nie tylko czytelnicy. Powiem wprost: dawno tak się nie wynudziłem.

Założeniem fabularnym tej powieści jest zdarzenie temporalne, nazwane przez autora trzęsieniem czasu. Jego skutkiem jest cofnięcie czasu o 10 lat, w efekcie czego ludzkość przeżywa wszystko jeszcze raz, bez możliwości wpływu na bieg wydarzeń, jednakże ze świadomością tego bezwolnego niesienia z prądem. „10 lat na automatycznym pilocie”, wg określenia Kilgore Trouta, pisarza sf, literackiego alter ego autora. Może to i niezły pomysł, chociaż moim zdaniem trochę wydumany, tyle że Vonnegut nic z nim nie zrobił. Przez 150 stron ględzi sobie pierdołowato o życiu, głównie swoim, ironiczne wstawki ma tak subtelne jak wiertarka dentystyczna, a wyszukane w codzienności śmiesznostki… no takie, że baki, jak mówi pani Czubaszek, zrywać. Autentycznie: czytając, oczyma wyobraźni widziałem starego, zgrzybiałego człowieka na bujanym fotelu, pod kraciastym kocem, który z powodu, że jest Znanym Pisarzem, wypisuje byle co z niezachwianym przekonaniem, że i tak mu to wydrukują, a honorarium na opłacenie geriatry wystarczy.

Zmęczyłem „Trzęsienie czasu” do końca, chociaż mi zakorkowało kolejkę książek do przeczytania i zator się zrobił. Ale taka nauczka mi się przyda – od tej pory będę ostrożniej podchodzić do dzieł znanych a starych pisarzy, na temat których nie przeczytałem wcześniej żadnej recenzji. Czemu na sobie mam testować, czy oni zachowują jeszcze formę, czy stać ich już tylko na jaja z rozczarowanego czytelnika? Niech inni to robią. Ja już się pchać, przynajmniej do Vonneguta, nie będę.
do góry

Boks z samym sobą
[Edward Redliński, Telefrenia]

26 marca 2006, BiblioNetka

Co za facet! Trzy razy rzucałem tę książkę, wkurzony i zniesmaczony. I trzy razy znowu po nią sięgałem. Ten gość ma wyjątkowy talent drażnienia czytelnika i wyciągania mu brudnych skarpet zza otomany. Czemu on tak się nad nami pastwi? Czy on nie wie, że ludzie wiwisekcji nie lubią? Że jak potrzebują grzebania w zakurzonych zakamarkach świadomości, tam, gdzie mieszkają różne zapomniane i odrzucane fobie i natręctwa, to idą do przyzwoitego psychoanalityka, płacąc 500 zł za godzinę? A nie kupując nieświadomie w supermarkecie książkę za 30 zł, z nadzieją na lekką rozrywkę? Co?

Nic w tej książce w warstwie fabularnej nie ma nowego. Zdeklasowany, starzejący się inżynier w świecie pop-masówy, otoczony medialną sieczką, żyjący marzeniem, zakochany w obrazku, w aktorce z widzianych w przeszłości filmów, układa sobie ten świat po inżyniersku. To wszystko mocno osadzone w dzisiejszej prawdziwej rzeczywistości, po nazwisku i fakcie. W skrócie tyle, bo ta fabuła jest dość mało istotna.

To truizm, że w tej książce można odnaleźć siebie. Najgorsze jest, że w tej książce odnajduje się siebie takiego, jakiego na co dzień się odrzuca, jakim nie chce się być, a jednocześnie, obok, równolegle, odkrywa się tego, którym być się pragnie. I konflikt się rodzi w człowieku: nie, to przecież nie o mnie, mnie się udało, to nie moja bajka, to jakaś degrengolada, po co ja o tym czytam… o kurczę, a może…? W końcu ja też inżynier…

Hehe, a na koniec finał, godny pióra Redlińskiego, podsumowujący cały otaczający bohatera informacyjny bełkot. Nie powiem jaki, ale zdradzę, że kumuluje w sobie całą esencję rasowego niusa. No i ciekawostka dla bywalców grupy dyskusyjnej pl.rec.ksiazki: wśród nazwisk, jakie sypią się tam w cytatach z kolorowej prasy (peplotów, jak je autor nazywa) pojawia się też autentyczne nazwisko waszego grupowego kolegi. Nie powiem kogo, poczytajcie sami. Chyba warto, ale należy być gotowym na boks z samym sobą.
do góry

Mniszkówna i dylematy
[Stephen King, Roland]

8 kwietnia 2006, BiblioNetka

Nie powinienem pisać tej recenzji. „Roland” to nie jest dobra książka. Właściwie w innym przypadku pewnie dałbym sobie spokój także z czytaniem pozostałych części „Mrocznej Wieży”, gdyby nie to, że tak rozbieżne opinie o poszczególnych tomach do mnie docierają. „Roland” mi się nie podobał (chociaż nie cały, ale o tym potem), ale oceny także miał złe. Niektóre inne tomy oceniane są lepiej i ja chcę sprawdzić, dlaczego.

Najpierw powiem, co w tej powieści złego. To będzie krótka, ale treściwa lista: zanim zacząłem ostatni rozdział, sądziłem, że wszystko. Przypomniało mi się, jak mając lat może 11, może 12, napisałem szesnastostronicową powieść pod zabójczym tytułem „Gdy Rodrigo zaczyna działać”. I jeśli chodzi o styl, to wiele gorszy nie byłem. Mniszkówna fantastyki, to byłby komplement. Dla Kinga.

Treść jest podobna. Po pustynnym świecie – przyszłym? równoległym? – idzie sobie tajemniczy, ale szlachetny z założenia, rewolwerowiec. Kogoś ściga – oczywiście tajemniczego, ale złowrogiego z założenia, człowieka w czerni (a jakże). Monumentalnie rozstrzeliwuje ze swych wiernych rewolwerów całe miasto, nie bardzo wiadomo, po co. Spotyka różnych ciekawych ludzi i nieludzi, z czego na razie również nic nie wynika. Wygląda, jakby miało wyniknąć kiedy indziej. Mam nadzieję, że wyniknie.

W tej powieści zaczynają się różne wątki. Daję słowo, że każdego będę pilnował, co też z nim będzie, bo darować zrobienia w balona nie myślę. Przecież tylko dlatego przeczytałem „Rolanda” do końca, bo inaczej rzuciłbym po zmęczeniu połowy tej przeraźliwej grafomanii.

I zrobiłbym niewybaczalny błąd. Otóż „Roland” na końcu ma rozdział pt. „Rewolwerowiec i człowiek w czerni”, dla którego warto było przebrnąć przez całą resztę. Przebrnąć – i zatrzymać się. I zastanowić. Bo raptem czytelnik staje w obliczu tych samych pytań, które sam sobie niekiedy zadaje, jeśli ma wyobraźnię trochę tylko większą niż amerykański futbolista. Pytań ostatecznych i fundamentalnych: o to, co jest naprawdę, co jest poza, co jest nad granicą poznania, rozumienia, akceptacji. Może to nie jest odkrywcze, takie pytania fantastyka stawia od czasu do czasu. Ale te pytania tutaj, po 250 stronach kiczowatej sensacji, każą na ten banał patrzeć trochę inaczej. Nie, to nie naprawia stylu, ani nie łata fabuły. Ale daje nadzieję na intrygującą kontynuację. I dla tej kontynuacji, którą King tak zaskakująco zapowiedział, będę czytać kolejne tomy „Mrocznej Wieży”, pełen ciekawości, co on ma mi na te ostateczne dylematy do powiedzenia.
do góry

Po „Rolandzie” idzie lepsze
[Stephen King, Powołanie Trójki]

25 kwietnia 2006, BiblioNetka

Chcąc być w zgodzie z przedświątecznym zobowiązaniem dałem szansę Kingowi i ciągnę „Mroczną Wieżę” dalej. Muszę od razu powiedzieć, że nie żałuję. „Powołanie trójki” przeczytałem płynnie, bez większych zacięć i ziewania, chociaż ma ta powieść miejsca, które przypominają pchanie wózka inwalidzkiego po plaży, co sam King w tekście sugestywnie opisał :). Jak się wyjedzie na twarde – wózek leci gładko i pcha się/czyta bez wysiłku. A po chwili – łacha piachu (swoją drogą ładna zbitka onomatopeiczna: łacha piachu 🙂 ). Kto prowadził kiedyś rower po plaży, ten wie, o czym mówię.

Ale to takie grymaszenie, bo kto czyta Kinga w większych ilościach, wie, że ten pisarz cierpi na napady niekontrolowanego gadulstwa, i jak już zacznie, to nie może przestać. Takie fragmenty ma też „Powołanie trójki”, ale na szczęście mało. Plaża jest kamienista i wózek częściej toczy się gładko niż utyka po osie. Nie jest to jakiś wielki i głęboki tekst. To nieźle napisana, wartka historia przygodowo-fantastyczna, która w znacznym stopniu leczy urazy, jakie w czytelniku mógł spowodować grafomański „Roland”. Fabuła w skrócie mówi o dobieraniu sobie przez rewolwerowca wspólników do poszukiwania i zrobienia czegoś z Mroczną Wieżą. Czego – na razie nie wiadomo. Wspólników dobiera sobie Roland z różnych okresów czasowych naszego świata, co wyjaśniałoby wcześniejszy dylemat, czy świat rewolwerowca to przyszłość, czy równoległość. Na koniec jest King trochę niekonsekwentny w zamiarach (mam tu na myśli rolę, jaką miał spełniać Popychacz, a jak to się z nim ostatecznie skończyło – rozmyślił się King, czy nie wiedział, jak poprowadzić zbrodniarza jako członka drużyny? Nie wiem). Ale takie niekonsekwencje są dla Kinga typowe, często zdarza mu się prowadzić akcję na bieżąco, bez planu, jak to się ma skończyć, improwizując. Mam takie wrażenie, może zresztą błędne, bo nie jestem jakimś wielkim znawcą czy fanem twórczości tego pisarza.

To, jak wspomniałem, szczegóły, dość mało istotne, jeśli nie oczekuje się od Kinga wielkiej i głębokiej literatury. „Powołanie trójki” wciąga i zachęca do kontynuacji przygody z cyklem. Jadę więc dalej, z nadzieją, że mi się po czwartym czy piątym tomie nie znudzi, bo mimo pozytywnej na razie oceny, wisi mi gdzieś nad głową takie malutkie ostrzeżenie. Przegiąć w stronę nudy lub kiczu jest tu bowiem bardzo łatwo. Mam nadzieję, że King tego uniknie.
do góry

[Stephen King, Ziemie jałowe]

12 maja 2006, pl.rec.ksiazki

Recenzji z „Mrocznej Wieży” ciąg dalszy. Chociaż na dobrą sprawę nie ma o czym pisać, bo „Ziemie jałowe” trudno nazwać samodzielną powieścią. Początek to prosta kontynuacja „Powołania trójki”, koniec – rozgrzebany początek następnego etapu. I te fragmenty są niezłe, zwłaszcza koniec. To, co jest w środku, co można uznać za samodzielny byt cyklu, to spora kicha.

Bo „Ziemie jałowe” są strasznie nierówne. Tym razem drużyna pierś… znaczy ka-tet, powiększona o wyrwanego z paszczy Nowego Jorku Jake’a, przybywa do miasta Lud. W pierwszej części czynność przybywania odbywa się w dość dobrym tempie, chociaż naiwności i dziwnego bezstylu tu nie brakuje. Jak już wspomniałem przy innej okazji, próby wpisania w to horroru w postaci Dozorcy Domu porozrywały mi ledwie zagojone zajady. Aż w oczy kłuje, że to tylko spinka między jednym etapem historii a drugim. Ten środek, który mógłby być jakimś embrionem samodzielnej historii, King zagadał i zamamlał. W dodatku język tej części jest jakiś taki… Zatracił King na parę miesięcy dar narracji, czy co? Bo potem, już w mieście, jest lepiej. Po okresie zwątpienia, gdy wzorem Bazyla zacząłem już kombinować, komu by wcisnąć te nieszczęsne książki, historia znowu nabrała dobrego tempa, a nawet zaczęła być zgrabnie opisywana, wciągając i narzucając nastrój. Tylko… Noż, kurde, dość rzadko w życiu czytalem samodzielne powieści bez żadnej puenty!

Tak, ja myślę, że King po napisaniu „Powołania trójki” miał pomysł na następny etap, tyle że mu się to nie spinało z poprzednim. I wziął i napisał te „Ziemie jałowe”. Inaczej tego wytłumaczyć się nie da. Ale, ponieważ koniec mnie wessał i na dodatek zostawił bez żadnego sensownego podsumowania, spróbuję to kontynuować. Na razie jestem jako ta rozdarta sosna: i chce mi się i boję się (ekhm, to chyba bardziej dziewica niż sosna).

do góry

Wydziwianie w kolorze sepii
[Marek Krajewski, Widma w mieście Breslau]

1 czerwca 2006, BiblioNetka

Sięgając po tę książkę byłem nasłuchany i naczytany peanów na temat jej autora po same uszy. Notki na skrzydełkach obwoluty też brzmiały zachęcająco: zmysłowy świat w kolorze sepii, książka zarówno dla miłośników sensacji, jak i zwolenników nostalgicznych pejzaży przeszłości, główny bohater – miasto Breslau… Do tego autor nagrodzony Paszportem „Polityki” za tę m.in. książkę. To wszystko zachęcało.

Tym większe było rozczarowanie. Z wymienionych wyżej pozytywów ocalał w moich oczach właściwie tylko jeden: kolor sepii. Malowana przez Krajewskiego scenografia rzeczywiście daje się wyobrazić w tych właśnie odcieniach. Cała reszta to źle napisana, jeszcze gorzej zredagowana, płaska jak decha i płytka jak kałuża powieść kryminalna, o wydumanej intrydze, epatująca na siłę wymyślanymi okropieństwami i obrzydlistwami. Tu najbardziej zachwycił mnie następujący opis: „Zsuwano (…) buraczki, które przed chwilą otulały kacze korpusy, a teraz były podobne raczej do gruźliczej plwociny”. Urocze, prawda? Takich kwiatków jest więcej. Tyle że mnie, zamiast zbrzydzić, rozśmieszyłyby raczej do łez, gdyby nie zażenowanie, z jakim obserwowałem to szamotanie się autora z imperatywem zbudowania grozy, brudu i podłości. W tej piramidzie sztuczności cały czas kołatało mi się pytanie: co ma do tego Wrocław? Czemu nie Piotrków Trybunalski albo Koszalin? I do końca nie znalazłem odpowiedzi.

Co do kryminalnej intrygi, wszak to kryminał… Tu muszę się przyznać do pewnej mojej niedoskonałości. Ja jestem straszny cienias, jeśli chodzi o rozwiązywanie szarad, rebusów i zagadek. W grach komputerowych zawsze w takich miejscach ściągam rozwiązanie z solucji. I oto ja, neandertalczyk szaradowy, cymbał rebusowy, mordercę odgadłem gdzieś w okolicach 150. strony, czyli mniej więcej w połowie. Co więcej, przewidziałem także rozwój akcji i parę kolejnych ofiar. To ja współczuję ludziom, którzy zagadkami się pasjonują i umieją je rozwiązywać bez podpowiadania. Oni mogą to wiedzieć jeszcze szybciej. A wtedy pod znakiem zapytania stanie sens dalszego katowania się tą książką.

Wszystko jest w tej książce sztuczne: sztuczny styl, sztuczne, papierowe, płaskie postacie, sztuczna intryga, sztuczny, na siłę stylizowany przedwojenny Wrocław. Krajewskiemu nie wychodzą nawet scenki rodzajowe na ulicach, które miały na celu zbudowanie klimatu tamtych czasów. On to pisze w taki sposób, jakby co chwila musiał sobie przypominać, co jeździło wtedy po ulicach, jak ubierali się i mogli zachowywać ludzie. I wtedy podkreśla to z namaszczeniem, wątpiąc chyba w inteligencję czytelnika, któremu, moim zdaniem, scenografii ulicy początku XX wieku nie trzeba na siłę tłoczyć przed oczy, żeby wczuł się i przeniósł w tamte czasy. Ale może go przeceniam. Czytelnika, znaczy.

Na osobną uwagę zasługuje redakcja tej książki. Autor ma prawo przywiązać się do swoich sformułowań, ma prawo nadużywać zdań do bólu prostych oraz powtarzać konstrukcje składniowe i określenia co drugi akapit. Ma prawo zgubić się w personalizacji dialogów. Ale wydawnictwo za to płaci redaktorowi, żeby takich baboli nie puszczał, ba, żeby własnym ciałem bronił poprawności stylistycznej powieści, nawet wbrew jej twórcy. Redaktor tej książki widać zaufał geniuszowi autora; może widział w tym nowatorstwo stylu, a może już nie miał siły się użerać? Wyszło tak, że sporą część mojej krytyki musi teraz właśnie on wziąć na klatę, bo od tego jest, żeby autorowi się za to nie dostawało.

„Widma…” są pierwszą powieścią Krajewskiego, którą czytałem. Może źle trafiłem, może inne części cyklu o policjancie z dawnego Breslau, Eberhardzie Mocku, są opisanych wad pozbawione. Ale jakoś nie mam ochoty, żeby to sprawdzać.
do góry

François Villon, Bestia i co z tego wynikło
[Jacek Komuda, Imię Bestii]

20 czerwca 2006, BiblioNetka

Z uwagi na nadmiar – z jednej strony czarodziejów, smoków, goblinów i krasnoludów, a z drugiej rozdartych dusz, niespełnionych uczuć i egzystencjalnych smutków, jakie mnie ostatnio literacko otaczają, postanowiłem poszukać czegoś z innej beczki i odetchnąć rześkim, choćby i morowym, powietrzem. „Imię Bestii” wydawało się do tego idealne. Średniowieczna Francja w naturalistycznym sosie, podlana gęsto zabobonem i magią, przenikającą z wierzeń do rzeczywistości… Słynny, na wpół legendarny bohater, François Villon – złodziej i poeta, inkwizycja, rycerze, rzezimieszki, czarownice i do tego Zły we własnej osobie… Jednym słowem: to. Trochę mnie zdziwiło, ale tylko do etapu powątpiewającego uniesienia jednej brwi, aluzyjne porównanie do „Imienia róży”, zwłaszcza w kontekście dotychczasowego repertuaru wydawcy (Fabryka Słów), ale – pomyślałem – każdy może mieć ambicję wydać dzieło z górnej półki, choćby dotąd parał się literaturą wagonową.

No i… a nie, wcale nie mam zamiaru pastwić się ani ironizować. Otóż książka mi się podobała. Nie cała, co prawda, ale większa część. Znalazłem w niej znakomite czytadło do pociągu, zwłaszcza na obecne czasy, gdy jedzie się z upalnego i dusznego Rzeszowa pooddychać upalnym i dusznym powietrzem Kołobrzegu. Fabryka Słów wcale nie nadęła się nadmiarem wydawniczych ambicji. Utrzymała się w swojej konwencji i zrobiła to w przyzwoity sposób. Oczywiście główna w tym zasługa autora. Jacek Komuda jest z zawodu historykiem i pisuje powieści i opowiadania osadzone w historycznych realiach. Te realia to zresztą wcale mocna strona „Imienia Bestii”. Piętnastowieczny Paryż, Carcassonne czy Rienn namalowane są plastycznie i przekonująco. Akcja jest żwawa i wciągająca i tylko ludzie deczko przerysowani, zwłaszcza główny bohater, na którego nie wiedzieć czemu upatrzył sobie Komuda Villona. Nie wiedzieć czemu, bo wcale Villon nie jest tu potrzebny, do niczego. Równie dobrze ten niedokończony humanista, ale bardziej bandyta i złodziej mógł nazywać się, ja wiem…? de Gaulle? Depardieu? Brigitte Bardot? Znane nazwisko to tu tylko nic niewnoszący ozdobnik.

Jak wspomniałem wyżej, książka jest nierówna. Ta nierówność wynika głównie z faktu, że nie jest to jednolita powieść. To trzy osobne utwory, spięte osobą głównego bohatera. Dwa krótkie opowiadania: „Diabeł w kamieniu”, który stanowi rodzaj prologu, i zamykające książkę „Tak daleko do nieba”, są utworami wyraźnie słabszymi od zasadniczego „Imienia Bestii” i nie wiem, po co zostały zamieszczone. Zwłaszcza to pierwsze jest, moim zdaniem, zwyczajnie złe, nie tyle pod względem fabuły, co warsztatu literackiego. Wygląda, że albo się Komuda tu nie wysilił, albo z wczesnego okresu jego twórczości to pochodzi, bo takim właśnie „debiutantyzmem” tchnie. Najlepsze jest podstawowe i tytułowe „Imię Bestii”, i tak mogło pozostać, bez nadymania książki niepotrzebnymi dodatkami.

Dość słabą stroną książki jest jej styl. Komuda ma tendencje do egzaltacji, do pompowania emocjonalnego zdań i akapitów, a redakcji wydawnictwa jakoś to nie przeszkadza, mimo że byłoby do wyeliminowania, choćby przez wykreślenie połowy przymiotników i imiesłowów. Ale nie ma co wybrzydzać, w końcu to nie jest arcydzieło literatury światowej, tylko powieść, którą po przeczytaniu można bez żalu zostawić w przedziale, żeby innym też umiliła podróż. I właśnie w tym kontekście drażni mnie i irytuje pewna marketingowa maniera. Na tylnej stronie okładki wielkimi wołami wypisano slogan reklamujący książkę: „Imię róży” już było… teraz jest IMIĘ BESTII”. Panowie copywriterzy, zrobiliście krzywdę tej książce. Zawartość w konfrontacji z tym hasłem może mocno rozczarować i zniechęcić. Bo mimo że niezła, że czyta się ją dobrze i w swojej klasie zasługuje na pochwałę, to ja bym „Imienia Bestii” obok „Imienia Róży” nawet na regale nie postawił. Nie ta liga.
do góry

[Terry Pratchett, Carpe Jugulum]

1 lipca 2006, pl.rec.ksiazki

Ja przepraszam, ale dziś króciutko. Nie będę się rozpisywać o nowym Pratchetcie, bo zauważyłem, że zmieniając tylko nieistotne szczegóły, cały cykl o świecie Dysku można obsłużyć trzema recenzjami. Wobec tego informuję jedynie zebranych, że warto. Nawet bardzo warto. Do tego stopnia warto, że będę do akurat tej książki zachęcał nawet zdeklarowanych przeciwników twórczości pisarza. Do śmiechu jest mało tym razem, a wizualizacyjne gagi made in Feegle nie rozdrażnią zwolenników innego rodzaju humoru. Moim zdaniem udało się Pratchettowi tym razem napisać ksiązkę wybitną, która dla zwolenników będzie kanonem, a dla przeciwników dotychczasowego stylu pisarza – znakomitą, uniwersalną fantasy, z dużą dawką głębokiej filozofii, ze świetnym fantastycznym instrumentarium, z nastrojem i klimatem, za to z warstwą humoru dla praczetystów wystarczającą, zaś dla tych, co wprost przeciwnie – nieistotną, niezauważalną wręcz, do pominięcia. Więc, proszę mniejszości, tu śmiać się przymusu nie ma. Za to można na własne oczy zobaczyć, że Pratchett wybitnym pisarzem jest. Serio.

Aha, przy okazji doszło do mnie, dlaczego jest cała kupa ludzi, dowcipnych i bystrych, którzy ze zdziwieniem patrzą na te stada zarykujących się ze śmiechu zwolenników Pratchetta. Odkryłem, że do śmiania się z tych ksiązek potrzebne jest specyficzne poczucie humoru, ktorego najwyraźniej pewien odsetek populacji nie ma. To poczucie humoru wizualizacyjnego. Pratchett działa na wyobraźnię. Całkiem niewinne śceny, z nagła wyobrażone, potrafią u tych, którzy to czują, wywołać trudno likwidowalny atak kolki. Ale trzeba je umieć sobie wyobrazić. Jeśli nie ma się tego daru rozwiniętego w dostatecznym stopniu, rzeczywiście można mieć uczucie rozśmieszania na siłę i mało śmiesznych grepsów.

Na puentę nie mam pomysłu.
😉

do góry

[Connie Willis, Przejście]

8 sierpnia 2006, pl.rec.ksiazki

W końcu zebrałem sie do napisania tej opinii. Przyznam, że chodziła za mną długo, bo tekstów na temat tej książki napisano wiele, a ja z większością z nich (przynajmniej z tą marudzącą większością) mógłbym się zgodzić i nie chciało mi się dublować argumentów. Ale jednak napisałem, bo to jest swego rodzaju ewenement.

Po pierwsze: co za gadatliwa kobieta! King to przy niej małomówny milczek. Napaplała prawie 900 stron, z czego pierwsze 600 można streścić na trzech, a literacko opisać na dwudziestu. Te pozostałe 300 można by potem nazwać dobrą, tylko trochę przegadaną historią :->. Ta pierwsza, dłuższa część jest na tyle rozwleczona i monotonna, że chwilami ma się ochotę rzucić to wielkie tomiszcze w kąt. Ja wytrzymałem do końca, choć z trudem, ale w sumie nie żałuję. Bo końcówka jest już całkiem przyzwoita. Nie będę się rozwodził nad jej treścią, powiem tylko, że podobał mi się ten zwrot od rozgadanego, pseudomedycznego realistycznego paplania do odrealnionej, trochę mistycznej wędrówki w kierunku Tamtej Strony. Takie płynne przejście ze świata, gdzie wszystko się zgadza, wszystko jest logiczne i
poukładane, włącznie z planem przemieszczania się po zakamarkach szpitala w stanie permanentnego remontu, do świata, gdzie nic nie jest prawdziwe, wszystko może nastąpić w dowolnej sekwencji zdarzeń i logika ani realizm w ogóle nie muszą mieć zastosowania.

Trochę mnie rozczarowało zakończenie. Bardziej logiczny byłby jednak koniec pesymistyczny. Optymistyczne danie nadziei na nadpłynięcie Yorktowna jest jednak banalne i bardzo amerykańskie. Przecież nie wszystko musi kończyć się happy endem.

PS. Zastanawia mnie tylko, w jaki sposób wg Willis kończył życie średniowieczny chłop pańszczyźniany, przywiązany na sztywno do kilometra kwadratowego ziemi dookoła niego. Wszak na żadne Titaniki liczyć nie mógł.

do góry

[George R.R. Martin, Gra o tron]

11 września 2006, pl.rec.ksiazki

Mam z tą książką problem. Bo obiektywnie rzecz biorąc to jest niezła literatura dla kogoś, kto lubi intrygi pałacowe, zawiłości polityczne, politykę, z której, w zależności od decyzji, wynika wojna albo rozmaite wariacje pokoju, kogo rajcują spiski, szpiedzy, skrytobójcy, królowie zdetronizowani i królowie niesłusznie pominięci, nieślubne dzieci szlachetne i wredne dzieci legalne… I tak dalej, i tak dalej. No właśnie. Jeśli ktoś lubi, to ma. Martin precyzyjnie skonstruował całkowicie fantastyczny, misterny świat, z pełnymi życia postaciami, ba, całymi stadami pełnych życia postaci. To jest świat wiarygodny i z wyglądu prawdziwy, chociaż wymyślony, z odrobiną magii, ale bez przesady, za to z mnóstwem historii z branży płaszcza i szpady, a raczej kolczugi i topora.

Ale ja za takimi powieściami nie przepadam. Nawet w prawdziwie historycznych intrygach gubię się w nawale książąt, parów, hrabiów i diuków. Co dopiero, gdy przed moimi oczami przewijają tabuny fikcyjnych intrygantów o wymyślonych nazwiskach i poplątanych koligacjach, a ja wśród setek postaci mam odróżnić Jory Barristera od Rouga Lennistera, na dodatek płci obojga. A muszę, bo nie wiadomo, jaką rolę któremuś z nich autor przewiduje w przyszłości, zaś późniejsze przekopywanie się przez 700 stronicowe tomy, żeby odnaleźć jakiś akapit, jak się okazuje ważny, a przeze mnie pominięty, normalnie mnie przeraża.

Nie zachwyciłem się więc, ale z powodu wyłącznie degustibusa. Bo obiektywnie to jest dobra literatura, napisana ładnie, spójnie i sensownie, chociaż porównywanie jej z Tolkienem, a zwłaszcza stawianie wyżej, jest IMO nieuprawnione. A to z takiego samego względu, jak nieuprawnione jest porownywanie Verne’a z Zelaznym albo Asimovem. Nie ta kategoria, nie ta epoka pisarska, nie to miejsce w tworzeniu historii nurtu literackiego. Zresztą, gdyby nawet na siłę porównywać atrakcyjność nurtów fantasy, których reprezentantami są Tolkien i Martin, to ja wolę ten
tolkienowski. Ale de gustibus non est disputandum, jak wspomniałem.

Znalazłem w tekście trochę kwiatków stylistycznych, które raziły moje oczy. Nie będę ich tu przytaczać, bo podejrzewam, że to raczej kwestia smaku tłumacza niż pisarza, bowiem konstrukcje słowne trącały polską w brzmieniu egzaltacją. Sporo jest tam jednak momentów zalatujących poetyką żywcem wziętą z harlequinów. Od tej strony Tolkien to jednak zupełnie nie ta liga, a może tylko pani Skibniewska to nie ta liga co pan Kruk? Nie wiem i nie sposób tego ustalić bez znajomości oryginałów.

Czytam ten cykl dalej, bo oczywiście wciągnął mnie i jestem ciekaw, jak to się skończy, ale nocy przez to nie zarywam. Fajna lektura na leżak w ogródku, tylko musi być słońce – zdrzemnięcie się podczas śledzenia meandrów koligacyjnych poszczególnych rodów Siedmiu Królestw grozi bez tego przeziębieniem nerek.
do góry

Emocje z naftaliny
[Leopold Tyrmand, Życie towarzyskie i uczuciowe]

28 sierpnia 2006, BiblioNetka

Jedną z cech charakterystycznych tzw. warszawki jest, że po długich okresach kokoszenia i kitwaszenia się we własnym sosie, środowisku temu zdarza się wypluć ze swego wnętrza kogoś na tyle utalentowanego, że ten fakt wyplucia potrafi zgrabnie opisać, dowalając wszystkim, co w tym palce maczali, i opisując przy okazji swoje cierpienia młodego Wertera. Tak powstają powieści z kluczem, do którego zamek mieści się w niejednych warszawskich drzwiach. Te książki warszawka czyta z upodobaniem, odnajdując się w postaciach, choćby i najbardziej wrednych (tu co prawda najprzyjemniej odnajduje się przyjaciół). I tak warszawka się bawi, a reszta Polski, czyli prowincja, patrzy na to, wybałuszając gały z podziwu i kompleksów.

Powieści z kluczem mają tę brzydką cechę, że się szybko starzeją, i to starzeją nieładnie. One mają sens czytane w kontekście czasów i ludzi, których dotyczą, kiedy indziej są po prostu ciekawostką dla historyków, pasjonatów studiowania dziejów koterii, czytelników ogarniętych napadem nostalgii i ludzi wiecznie wczorajszych. To samo dotknęło „Życie towarzyskie i uczuciowe” Tyrmanda. Ta książka funkcjonowała lata temu otoczona nimbem nie tylko odsłaniania kurtyny towarzyskiej, ale także dowalania Systemowi. Tyrmand wydał ją na emigracji, nie mogąc przepchnąć jej przez Mysią, co i nie dziwota, bo treść z punktu widzenia ówczesnych kanonów reżimu mocno obrazoburcza była. Ta obrazoburczość dziś może tylko śmieszyć, zwłaszcza tych, co tamtych czasów nie pamiętają, bo to boksowanie socjalizmu za braki w zaopatrzeniu w podstawowe artykuły spożywcze, że tak w dużym uproszczeniu i wyśmiewając powiem.

Tyrmand opisuje warszawski „salon” lat gomułkowskich, a także, retrospektywnie, czasów Bieruta, a nawet wcześniejszych, gdy szuka w nich korzeni opisywanej współczesności. Okazuje się, że mimo różnych zawieruch dziejowych warszawka trwa, żyjąc własnym wewnętrznym życiem, niezależnie od zakrętów historii, w składzie zmieniającym się płynnie, bez wstrząsów, bez ideologicznych konfliktów, opierając swoje istnienie na przeżuwaniu związków, zależności i animozji personalnych, towarzysko-koteryjnych. Co ciekawe, gdy spojrzy się na proces ewolucji warszawki z perspektywy kilku innych dzieł jej dotyczących (choćby z ostatnich, jakie czytałem: „Czego nauczył mnie August” Bojarskiej), można odnieść wrażenie, że proces ewolucyjny „salonu” trwa i żadne zakręty historii nie są w stanie go przerwać.

Z rzeczy pozytywnych powiem, że kawał prawdziwej Warszawy tamtych czasów z tej książki wyziera. Tyrmand to pisarz z krwi i kości warszawski, to widać było już w „Złym”. Stolicę maluje plastycznie, atmosferę oddaje wiernie, co potwierdzić mogą świadkowie tamtej epoki (sam aż taki stary nie jestem, w moim przedszkolu na dalekiej prowincji sprawy warszawki nie były pierwszoplanowym tematem dyskusji, ale pytałem, to wiem). To zresztą każdy, kto jakąś część życia spędził w czasach realnego socjalizmu, może sobie łatwo ekstrapolować – ten system zmieniał się wtedy ewolucyjnie, nastroje i klimaty ewoluowały razem z nim i ludzie epoki Gierka czy Jaruzelskiego wczuć się w gomułkowski klimat mogą bardzo łatwo.

Daje też Tyrmand niezłe studium psychologii sitwy, odtwarza atmosferę trochę w stylu starych filmów Polańskiego czy Munka, a ze śmieszniejszych – „Rejsu”. Ale pasjonować się tą książką już raczej nie ma powodu. Ot, trochę historii, trochę dla niektórych nostalgii, trochę nieplanowanych uśmieszków nad zdezaktualizowanymi problemami walki z komuną przy pomocy obśmiewania planów pięcioletnich. Czas jest jednak bezlitosny.
do góry

Baki zrywać
[Douglas Adams, Autostopem przez Galaktykę]

8 września 2006, BiblioNetka

„Autostop” wpadł mi w ręce dość przypadkowo i poza kolejnością, jako ebook. Zabrałem się za niego chętnie, zachęcany przez powszechnie wykrzykiwane przymiotniki, typu: „legendarna”, „kultowa” oraz inne przydawki, a co jedna, to lepsza: że Monty Python skrzyżowany z Pratchettem, że boki bolą, a przepona wysiada… No tak.

Ja bym do tego zestawu dorzucił jedno osobiste określenie: przeszarżowana. Ktoś kiedyś napisał w uzasadnieniu nielubienia Pratchetta, że nie lubi, gdy mu się pokazuje palcem: o, tu masz się śmiać. No to o ile w Pratchetcie można od biedy paru takich, dość subtelnie wyrażonych, sugestii się doszukać, to Adams cały jest jedną wielką sugestią. Ta książka powinna mieć podtytuł: „powieść do śmiechu”, a w spisie treści zamieszczone odnośniki, wskazujące stronę, a najlepiej i wiersz, w którym autor zawarł najlepsze wice. Aha, i śmiech z offu bym na dołączonym CD-ku dorzucił, żeby czytelnik broń Boże nie pominął któregoś z perlistych dowcipów.

Owszem, nie można Adamsowi odmówić paru znakomitych pomysłów, takich jak autentycznie kultowa odpowiedź na uniwersalne pytanie o wszystko. To jest zresztą typowe dla humoru montypajtonowskiego: w nawale nachalnych gagów błyska tu i tam prawdziwa perełka, która sprawia, że wyrzucić tego do śmieci się nie da. Ale wszystko powinno być z umiarem. W sumie mój ukochany Pratchett to też podobny typ humoru. Tyle że tam nie ma siedmiu dowcipów na jednej stronie, a między tymi, co są, jest kawał oryginalnej wizji świata, dużo filozofii, socjologii, psychologii i innych nauk o człowieku, dla niepoznaki ubranych w pajtonowskie rajtuzy. Tu są, kurde, same rajtuzy.

To wszystko sprawia, że Douglas Adams ze swoimi książkami lokuje się u mnie w niszy. Owszem, to może być całkiem spora nisza, ludzi lubiących Monty Pythona są miliony. Nabieram nawet podejrzenia, że to ja, nie lubiąc takiego humoru, siedzę pod swoim kamyczkiem, uważając go za wszechświat, i nie widzę, że ta reszta, poza moją jamką, to wszechświat właśnie. Ale mnie tu dobrze i wcale do szczęścia nie potrzebuję, żeby mnie Adams po pachy uchachał.

Resztę dzieł tego pisarza raczej więc sobie daruję, mimo że całkiem złe to nie jest. W Biblionetce oceniłem na 4, ale z dużym wahaniem i raczej za zasługi w promowaniu liczby 42.
do góry

[George R.R. Martin, Starcie królów]

 27 września 2006, pl.rec.ksiazki

Napiszę tę recenzję, chociaż właściwie, po wygłoszeniu opinii o pierwszej części sagi „Pieśń lodu i ognia”, niespecjalnie mam coś odkrywczego do powiedzenia. Będzie więc krótko i treściwie.

Po pierwsze: nic w zasadzie nowego w porównaniu z „Grą o tron” tu się nie dzieje. Królowie tłuką się niemrawo, spiskowcy spiskują, rycerze łamią przysięgi, damy są gwałcone, plebs wyrzynany. A jak może, to sam wyrzyna. Dla dam bez różnicy, gwałcone są tak czy tak. Wszystko to opisane zgrabnie i dość ciekawie, a dla czytelników lubiących przesycone intrygami dworskie sagi – wprost genialnie. Najsympatyczniejszym spośród bohaterów okazuje się jak dla mnie facet, którego w realu należałoby w trybie pośpiesznym powiesić na najbliższej suchej gałęzi, w celu
zachowania spokoju i równowagi na ziemi i niebie.

Po drugie: „Starcie królów”, bardziej niż „Gra o tron”, okazuje się niezamkniętą częścią większej całości. Chcę przez to powiedzieć, że o ile część pierwszą można by przeczytać samodzielnie i na niej zakończyć, mając tylko kilka wątków w zawieszeniu, to druga część cyklu bez pierwszej i trzeciej właściwie istnieć nie może. No, na upartego można sobie podarować część pierwszą, bo autor każdą kontynuację wątku skrótowo objaśnia. Ale kończy sie toto tak, że w kolejne tomiszcze zaopatrzyć się należy musowo. Chyba, że kogoś zeźli ostatecznie niemrawy momentami i mocno rozwleczony sposób narracji.

Po trzecie: chyba wyszła książce na dobre zmiana tłumacza. Michał Jakuszewski nie ma, w przeciwieństwie do poprzednika, skłonności do egzaltacji i tekst przestał przypominać grubego harlequina. Pojawia się za to trochę zwrotów współczesnych, a nawet współczesnych przekleństw, ale z dwojga złego wolę to niż plastikowe koturny.

Po czwarte: Martin musi być niezły birbant i łasuch. Jego opisy uczt, a nawet zwykłych śniadań i przekąszeń są takie, że nie należy ich czytać na pusty żołądek, bo wędrówka do lodówki pewna, tak samo jak rozczarowanie jej zawartością (w porównaniu, rzecz jasna). W jednym aspekcie tylko mnie trochę zemdliło: czemu, u diabła, on wszystko zapieka w miodzie? Pasiekę ma, czy jak?

Podsumowując: mimo powyższych wybrzydzań dałem Martinowi za „Starcie królów” w Biblionetce 5, chociaż w połowie miałem nawet wahania, czy na 4 zasługuje. Tam się najbardziej zamamlał i zadreptał w miejscu, aż mi mało szczęka z zawiasów nie wyskoczyła. Ale koniec jest brawurowy i nadrabia wszystko. Czyli – jak ktoś lubi takie sagi, polecam. A jak nie – to nie.

Ja na razie robię przerwę, żeby pośmiać się przy czymś lżejszym. Dosłownie, biorąc na wagę.

do góry

[Leonie Swann, Sprawiedliwość owiec]

8 października 2006, pl.rec.ksiazki

Całkiem fajna książka. Przyznam, że spodziewałem się czegoś zupełnie innego: humoreski raczej, jakiegoś pastiszu… No i, jak zwykle mylący, opis na okładce: odniesienia do „Folwarku Zwierzęcego”, do „Wodnikowego Wzgórza”… Psinco tam, żadnej analogii. To jest opowiastka o zwierzętach, które wcale ludzkim głosem nie przemówiły. Przeciwnie, przemówiły własnym. Bo to jest książka o tym, jak widzą świat owce.

Strasznie fajnie to pani Swann wyszło. Pod pretekstem niby to kryminałka bardzo przekonująco i prawdziwie widzimy świat oczami owiec. Żadnych antropomorfizmów, żadnych ludzi w owczych skórach. To są owce. Owce, które postanawiają rozwiązać zagadkę śmierci swojego pasterza. I na tym tle osnuła autorka pełną oryginalnych spostrzeżeń opowieść o tym, jak wyglądamy w oczach zwierząt, jak w ich oczach wygląda świat, jak ich świat wygląda w konfrontacji z ludzkim.

Dobrze się to czyta. Nie jest to jakaś tam literatura z górnej półki – to raczej ciepła, momentami wzruszająca, prosta historyjka. Warta przeczytania. Zastanawiając się nad oceną w Biblionetce wahałem się między 4 i 5. W końcu jednak postawiłem czwórkę, bo mimo tego, że mi się podobało, że przeczytałem gładko i z zainteresowaniem i zakupu nie żałuję, zadecydowała odpowiedź na zadane sobie pytanie: będzie ci się chciało kiedyś przeczytać to jeszcze raz? Nie, nie będzie się chciało.

do góry

[Terry Pratchett, Piąty Elefant]

 21 października 2006, pl.rec.ksiazki

Z dużą przykrością stwierdzam, że tym razem pan Pretchett się nie przyłożył. Ja rozumiem, że w takim długim cyklu nie da się utrzymać przez cały czas wysokiego poziomu. Ale rozumieć, nie znaczy odpuścić. Dlatego trochę sobie powybrzydzam.

„Piąty element”… tfu, „…elefant”, jest prawie w ogóle nieśmieszny. To nic nowego w ostatniej twórczości w ramach „Świata Dysku”, „Carpe jugulum” też nie było. To w założeniu wygląda na taki thriller pisany lekkim, pratchettowym stylem. I do tego zastrzeżeń nie mam. Tyle, że ta nieśmieszność zbiegła się z przeciętnością opowiadanej historii. Wspomniana „Carpe jugulum” była jedną z najlepszych części cyklu, bo tam brak gęstego dowcipu zastąpiła znakomita fabuła. Tu nie ma ani tego, ani tego. Pratchett powiela schematy sylwetek bohaterów, wtórne są też odniesienia do naszej rzeczywistości. Strasznie to wszystko papierowe i mdłe wyszło. Doszło nawet do tego, że wszyscy strażnicy, od Detrytusa przez Marchewę do Vimesa, są tacy sami. Prostackie i beztreściowe wariacje na temat Czechowa, z portkami vujaszka Vani na czele, dobiły mnie do reszty. Jeśli to miała być ta część intelektualno-parodystyczna, to ja nie z tego gatunku intelektualistów jestem, co to chwytają.

To, co napisałem, brzmi trochę jakby Pratchett napisał ostatniego gniota. Tak nie jest. To, patrząc ogólnie, całkiem niezła książka. Tyle że Pratchett przyzwyczaił mnie do wyższego poziomu, a rozczarowanie jest w takim przypadku zawsze znacznie większe. Trochę szkoda. Mam nadzieję, że przy okazji następnych powieści autor weźmie to sobie do serca 😉

do góry

Romans fantasy z historią
[Guy Gavriel Kay, Lwy Al-Rassanu]

20 października 2006, BiblioNetka

Najpierw zaznaczę, że wszystko będzie IMO. Proszę to „IMO” sobie powstawiać w różne, dowolnie wybrane miejsca, tam, gdzie komu przyjdzie do głowy, że mogę uogólniać, prawdy powszechne wygłaszać i nowe wzorce estetyczno-literackie dekretować. To zastrzeżenie jest konieczne, bo Kay należy do tego gatunku twórców, których dzieła odbiera się wybitnie indywidualnie i inny słynny akronim, DGCC, ma tu pełne zastosowanie. A teraz do rzeczy.

Otóż Kay (pamiętamy o „IMO”?) to pisarz intuicyjny. To określenie przyszło mi do głowy z braku innego, bardziej trafnego, które oddałoby moje wyobrażenie o procesie pisania książek przez tego pisarza. Bo mnie się wydaje, że Kay, gdy go wena najdzie, siada i pisze. Żeby uprzedzić atak śmiechu i pukania się w czoła dodaję zaraz, że wiem, iż praktycznie każdy pisarz tak robi, bo to na tym polega. Na siadaniu i pisaniu. Tyle że proces siadania, nie mówiąc o pisaniu, u większości autorów poprzedza żmudne konstruowanie założeń, zbieranie materiałów, wymyślanie bohaterów, wątków, tła, momentów kluczowych i linii fabularnej. Kay – mam takie wrażenie – ten etap pomija albo go drastycznie lekceważy. Kay, po niezbędnej iluminacji i wstępnym szkicu przyszłego tekstu, od razu siada i pisze. Jest to metoda ryzykowna. Powieści liczy się na setki stron, nie ma szans, żeby utrzymać się przez tak długi okres tworzenia w stanie permanentnego natchnienia. A ogarnięcie na zimno całokształtu intrygi, z jej meandrami i zawijasami, przerośnie każdego, choćby nie wiem jak był genialny.

Ten sposób pisania widać (o, tu na przykład sugerowałbym obowiązkowe wstawienie „IMO”) w „Lwach Al-Rassanu”. Kay daje się nieść tekstowi, nie do końca nad nim panując. Nawiązuje wątki, które wyglądają na istotne, a potem je porzuca, jakby w trakcie pracy nad główną linią fabularną stracił je z oczu albo do nich serce. To było widoczne już w „Sarantyńskiej mozaice”, odkrycie takiej samej maniery w „Lwach” skłania mnie do silnych podejrzeń, że Kay po prostu tak ma. Taki typ.

Z pewnym niepokojem muszę podkreślić w tym miejscu, że podobną manierę ma większość grafomanów.

Tyle będzie prowokacji, podpuszczania i grymasów. Bo na tym polega geniusz Kaya, że on, pisząc metodą grafomańską, grafomanem nie jest. Ba, gdybym nie bał się egzaltacji, napisałbym, że jest niemal geniuszem pióra. Ale nie napiszę. Napiszę za to, że jest pisarzem wybitnym, jednym z najpiękniej piszących autorów, jakich znam. Jest mistrzem nastroju, klimatu, plastyczności i realizmu tła, i do tego wiarygodności psychologicznej bohaterów. Ta wybitność polega też na tym, że Kay to wszystko zawiera w klasycznym, prostym, kanonicznym romansidle, które tylko z grubsza udaje powieść fantasy, bo bliżej jej autorowi do kogoś w rodzaju Dumasa czy Kraszewskiego, niż do Tolkiena albo Le Guin. „Lwy Al-Rassanu” dzieją się bowiem w XI-wiecznej Hiszpanii, bardzo tylko zgrubnie, poprzez zmianę nazw historycznych na przekręcone i wmontowanie na niebo klasycznych dla Kaya dwóch księżyców, zamaskowanej. To pozwala autorowi do faktów historycznych podejść z nonszalancją, którą znamy już z „Sarantyńskiej mozaiki”. Nie znam średniowiecznej historii półwyspu Iberyjskiego, ale mam wrażenie, że w „Lwach Al-Rassanu” stopień wierności historii jest dowolnym wariacjom na jej temat i wolnej improwizacji jeszcze bliższy. Na moje oko tylko zmierzch muzułmańskiego imperium w Europie jest tu generalnie faktem, reszta to fantasmagoria i wymysł. Ale mogę się mylić, jak pisałem, historia średniowiecznej Hiszpanii nie jest moją najmocniejszą stroną.

Jak już wspomniałem, „Lwy Al-Rassanu” to romans historyczny w lekkim fantastycznym sosie. Tu najważniejsza jest miłość, interkulturowa, rzekłbym. Chrześcijańsko-muzułmańsko-żydowska. A raczej, pardon, dżadycko-aszaryjsko-kindathijska. Ta romansidłowość to w moich oczach minus powieści, obok nierównego i beztroskiego skakania po wątkach pobocznych, bez jakiegoś głębszego założenia ich istotności w całej intrydze. Ja nie przepadam za romansidłami, dlatego uważam to za wadę. Ale dla kogoś, kto lubi tego typu literaturę, wadą to wcale być nie musi.

Poważną za to wadą, i to uniwersalną, jest dla mnie sposób podejścia tłumacza do nazw własnych. Noż, proszę tłumaczki, należy na coś się zdecydować. Albo spolszcza się fonetycznie wszystko jak leci, albo zachowuje się pisownię oryginalną. Dopuszczam oba warianty, chociaż to spolszczanie jest dla mnie osobiście przykre. Czy koniecznie bowiem należy pisać „Dżehana”, „Dżad” i „Sanczo”? Czy to jakoś przybliża te słowa polskiemu czytelnikowi? Moim zdaniem w ogóle nie. Ale niech tam, zniósłbym. Jaki natomiast sens ma pozostawienie innych nazw w fonetyce angielskiej, ze wszystkimi zbitkami th, gh itp., albo i w manierze fantastyczno-arabskiej, z apostrofami w środku wyrazu? To jest albo niechlujstwo, albo brak pomysłu. Nie świadczy to o tłumaczce najlepiej, bo przecież wystarczyło po prostu w tym nie grzebać. Czy to jest takie trudne do wymyślenia? Większość książek przekłada się w ten sposób. Na mojej opinii o „Lwach Al-Rassanu” w dużej mierze zaważył twórczy wkład tłumacza.

Biorąc pod uwagę wszystkie powyższe zastrzeżenia, nie mogę więc uznać tej książki za lepszą lub choćby tylko równą cyklowi „Sarantyńska mozaika”. Ale, jak na romans, jest to rzecz piękna. Język i wyobraźnia Kaya, wdzięk, z jakim pisze, nadrabiają większość warsztatowych niedostatków. Warto przeczytać. IMO, oczywiście.

do góry

Powłócząc nogami i duszą
[Carlos Ruiz Zafón, Cień wiatru]

5 listopada 2006, blog „Ja, woy”

Zwykle do hiciorów podchodzę jak do jeża. Przeważnie zanim dostanę je w ręce, wiem już o nich tyle, że wcale nie mam ochoty na wyważanie otwartych drzwi. Lubię, gdy książka jest dla mnie tajemnicą, gdy nie wiem, czy muszę się zachwycać i czym. Wynika to z paskudnych cech mojego charakteru, które są sprzeczne w sposób, z którego trudno mi się potem wytłumaczyć. Bo z jednej strony jeśli ktoś na głos wieści i stawia jako prawdę objawioną, co ma mnie zachwycać, a co brzydzić, to się we mnie coś przekornego, coś na opak odzywa i podświadomie (a może świadomie?) zaczynam wyszukiwać skazy w tej objawionej prawdzie. A z drugiej strony jestem niespotykanie spokojny człowiek, konformista, z tłumem kłócić się nie lubię i cieszy mnie, gdy moje poglądy podziela większość, a najlepiej wszyscy. Chciałbym zwrócić uwagę, że ta zależność nie musi działać w obie strony.

Ten przydługi wstęp jest po to, żeby usprawiedliwić mnie przed sobą samym z powodu sprzeniewierzenia się swoim zasadom, o których wyżej wspomniałem. Usprawiedliwony jestem o tyle, że to sprzeniewierzenie nastąpiło po fakcie.

„Cień wiatru” leżał u mnie w domu dość długo. Nie miałem na niego ochoty. Dopiero przykucie do łóżka przez chorobę sprawiło, że się jednak skusiłem. No i wyszło szydło z worka, naga prawda się ukazała, król takoż i tak dalej. Proszę Państwa, okazało się, że mimo wielkiego rozgłosu, milionów sprzedanych egzemplarzy, tysięcy zachwyconych małoletnich fanów, egzaltowanych postów, że ZAFON JEST SUPERRR!!!!111, czyli tego wszystkiego, co mi do tej pory bez pudła wskazywało pozycje do omijania, powieść jest znakomita. Zafón naprawdę jest super! :).

Nie będę się tu rozwodził o wszytkim, co mnie zachwyciło. Recenzji w necie i realu napisano na temat tej książki tyle, że szkoda mojego wysiłku, zwłaszcza że i tak konkluzja by była, że ZAFON JEZD SUPERRR!!!!!!!!! Nie będę pisać o fajnej, wciągającej fabule (chociaż za kryminały niech się lepiej Zafón nie bierze – rozwiązania większości zagadek i niespodzianek są łatwo przewidywalne na wiele stron przed ich ujawnieniem, nawet dla takiego rebusowego lamusa jak ja). Tu miałbym zresztą najwięcej, poza przewidywalnością, do zarzucenia. Sposób ujawnienia głównych tajemnic poprzez rękopis Nurii jest mdły, nudno napisany, bez nerwu i nastroju charakteryzującego resztę tekstu. Na dodatek nie wyjaśnia niczego, na co bym wcześniej sam nie wpadł. W ogóle wygląda to jak z innej książki doklejone, tak mi do reszty nie pasuje. No i jest tu Zafón niewiarygodny – napisanie takiej epistoły musiało zająć książkowej jego autorce dużo czasu, liczonego w tygodniach, jeśli nie miesiącach, a tego przecież nie miała. Nie mówiąc już o tym, że w sytuacji udzielania wyjaśnień o wiekopomnym znaczeniu i skutkach, do tego mając świadomość narastania śmiertelnego niebezpieczeństwa, gdy kapitalnym czynnikiem sprawczym jest uciekający czas, pisze się raczej list na dwóch-trzech stronach, a nie minipowieść retrospekcyjno-historyczną.

Nie będę też pisać o nastroju. Powiem tylko, że Zafón nastrój oddał po mistrzowsku. Zapewne jeszcze pełniej odbierają to Hiszpanie albo przynajmniej ludzie, którzy w Hiszpanii byli i znają z bliska klimat miast południa Europy, ze szczególnym wskazaniem na Półwysep Iberyjski. Ja, mimo że spory kawał okolicznego świata zjeździłem, jakoś do tej pory Hiszpanię omijałem. Gdy słyszę: uliczka w Barcelonie, to mi się co najwyżej samo dopowiada, że w uliczkę wyskoczył Boniek. Mam świadomość, jak wiele przez to z nastroju książki tracę. Bo klimat tamtejszy jest tu niemal dotykalny. Żałuję, że nic mi nie mówią piękne, stare, nastrojowe zdjęcia Barcelony, które ilustrują książkę. Podświadomie czuję, że ta słowna uroda tekstu Zafóna ma w nich swoje pogłębione odbicie.

Napiszę za to o pięknie języka. Czytając różne wcześniejsze recenzje na temat „Cienia wiatru”, o języku przeczytałem najmniej. To jest niesprawiedliwe. Zafón pisze ślicznie. Tekst utkany jest poetyckimi perełkami jak drożdżówka rodzynkami. Gdybym się tego spodziewał, notowałbym je wszystkie, bo naprawdę warto. Piszę to ku pamięci zwłaszcza małoletnich poszukiwaczy ładnych sentencji do zeszytów. „Cień wiatru” to kopalnia pięknych cytatów. Czasem się zastanawiam nad odwagą pisania w taki sposób. Jakże łatwo przekroczyć tu granice kiczu i grafomanii. Wystarczy czasem jedno zbyt egzaltowane słowo…

Zafón tego uniknął. A mnie zostało po całym tym werbalnym pięknie jedno przyczepione jak rzep zdanie. Nie wiem, czy obiektywnie urodziwe. Mnie zauroczyło i teraz prześladuje jako symbol, już na zawsze skojarzony z tą książką: „Kelner odszedł, powłócząc nogami i duszą”. Coś pięknego.

do góry

Komunista w renesansie
[Guy Gavriel Kay, Tigana]

23 listopada 2006, blog „Ja, woy”

Do „Tigany” G.G. Kaya podchodziłem ostrożnie. Uprzedzano mnie, że ma się ona nijak do czytanych już przeze mnie późniejszych powieści tego pisarza, że jest bardziej fantastyczna, że odniesienia historyczne są mniej czytelne… Tak rzeczywiście jest. To całkiem inny Kay. I po 400 stronach sądziłem, że gorszy. Irytowała mnie ta ksiązka. Bardzo mi się z Martinem kojarzyła – jadą, spiskują, jadą, spiskują i tak w kółko. A ja takich fabuł za bardzo nie lubię. W dodatku potwierdziło się, że jest typowym tworem fantasy – to, co innym dziełom Kaya dodawało uroku, czyli prawie autentyczna sceneria, tu w zasadzie nie występuje. Analogia do renesansowych Włoch daleka i bardzo umowna, na tym samym prawie poziomie, co w opowiadaniach Anny Brzezińskiej. To, co zwróciło moją uwagę i zaliczyć musiałem od razu na plus, to brak spontanicznie napoczętych i nierozwijanych później wątków. Wszystko od początku toczy się logicznie i spójnie. Poza jednym wyjątkiem. Catriana to postać istniejąca bez większego sensu. Ale o niej potem.

Jak pisałem, krzywiłem się i grymasiłem przez 400 stron. I nagle niespodziewanie akcja nabrała tempa, postacie poza międleniem frazesów i odgrażaniem się, co to one nie zrobią, zaczęły coś robić naprawdę. Raptem okazały się żywe, raptem fabuła zaczęła robić zaskakujące zwroty, raptem zaczęło być po prostu ciekawie. I napięcie, jak Pan Bóg przykazał, rosło równomiernie i szybko, aby w finale błysnąć takim fajerwerkiem, że klękajcie narody. Powiem wprost: zakończenie „Tigany” jest jednym z najlepszych finałów powieści fantasy, jakie czytałem. Bo owszem, Dobro naturalnie zwycięża Zło, ale poza tym… Nic nie jest jednoznacznie ocenialne, nic nie toczy się według schematu. Kończyłem to czytać wieczorem i ziewałem później cały dzień, bo najpierw nie mogłem się od tego zakończenia oderwać, a potem nie potrafiłem przez to zasnąć. A ja nie jestem egzaltowany malolat, żeby tak emocjonalnie przeżywać bajkowate opowieści. I do tego piękny język Kaya… Naprawdę, było warto. A mało brakowało, żebym w połowie odłożył to zniechęcony. Ta końcówka… Ze średniej czwórki wywindowała mi ocenę „Tigany” na 6!

Jeden, za to poważny minus konsekwentnie psuł ostateczny efekt. Catriana. Według mnie Kay nie miał na tę postać pomysłu przez dobre trzy czwarte fabuły. A jak potem mu się pomysł urodził, i to taki, że mógłby wynagrodzić całą wcześniejszą drętwość i nijakość tej osóbki, to się, cholibka, rozmyślił! Zlitował się i z krwistego „bum” zrobił cukierkowy happy end. „I żyli długo i szczęśliwie…” – tylko tego zapomniał dodać. Mięczak, nie autor.

Finał to wszystko wynagrodził. A po finale był jeszcze epilog. Trochę mnie początkowo zirytował, bo co tu jeszcze dopowiadać? Wszystko było jasne, grzmot spadającej kurtyny jeszcze mi dźwięczał w uszach. Musiał Kay coś dodawać? Okazało się, że musiał. Ostatnie zdanie, które sprawiło, że zamiast zamknąć książkę, odłożyć ją i spróbować po tym wszystkim zasnąć, musiałem gorączkowo wertować kartki w celu przypomnienia tego, co Kay na koniec oznajmił. Na dodatek, mimo że znalazłem, nie dowiedziałem się niczego.

Na koniec wspomnieć muszę o posłowiu. Okazuje się, że podkreślane powszechnie inspiracje okresem dzielnicowego rozbicia Włoch są nie do końca prawdziwe, a przynajmniej niekompletne. Tu mnie Kay ponownie zaskoczył.Impuls do historii ze „znikniętą” nazwą księstwa dała, jak się okazuje, praska wiosna 1968! A konkretnie jedno takie słynne zdjęcie członków czeskiego politbiura, na którym we wcześniejszej wersji występuje więcej osób niż na późniejszej – tę późniejszą zubożono o osoby juz wówczas niesłuszne. Dalszą konsekwencją tej inspiracji był archetyp Alberica – Kay, tworząc go, wzorował się na komunistycznym aparatczyku… Zaprawdę, powiadam Wam: niezbadane są meandry literackiego natchnienia…

do góry

…niechaj mu świeci, amen.
[Andrzej Sapkowski, Lux perpetua]

4 grudnia 2006, blog „Ja, woy”

Największą zaletą tej książki jest, że się ukazała. Największą zaś wadą – że tak późno. I to wcale nie jest efekciarska figura retoryczna. Tak myślę naprawdę. Bo gdyby „Lux perpetua” ukazała się 2 lata temu, no, rok temu, mój jej odbiór byłby pewnie inny, może mniej grymaśny. Weszłaby ostatnia część „w tempo”, pojechałaby na fali wywołanej dwoma poprzednimi częściami i pewnie z rozpędu podobałaby mi się bardziej. Ale, na nieszczęście dla Sapkowskiego (małe co prawda nieszczęście, bo w skali pojedynczego czytelnika, czyli mnie, jedynie) w międzyczasie pojawił się Grzędowicz, spoważniał Pratchett, ja przeczytałem Kaya i „Perfekcyjną niedoskonałość”. No i odzwyczaiłem się od Sapkowskiego.

Przyzwyczajanie się na nowo nie za bardzo mi się udało. Może też zrobiłem błąd, czytając wcześniej kilka recenzji, jak zwykle pozytywnych? Bo już po kilkunastu stronach głównym uczuciem, jakie mnie opanowało, było rozczarowanie. I to rozczarowanie towarzyszyło mi do ostatnich stron powieści, rzadko tylko przerywane kilkoma co lepszymi scenami czy zwrotami akcji. Niektóre może potem wymienię, żeby nie zostawiać wrażenia, że wszystko w czambuł krytykuję. Bo skrytykować muszę prawie wszystko.

Zacznę od fabuły. Otóż fabuła jest taka sobie. Polega ona głównie na tym, że miota się Reynevan po sporej części środkowej Europy niczym pijany elektron, a czytelnik nie bardzo wie po co i czemu ma to miotanie służyć. W trakcie lektury przyszło mi do głowy, że gdyby pokusić się o narysowanie trasy wojaży Reynevana, chronologicznie, tak jak ją autor wymyślił, powstałaby niezła pajęczyna – wypisz wymaluj trasa obłąkanej cząstki w przestrzeni międzyatomowej. W samym miotaniu może nie byłoby nic złego, bo dobry to pretekst do pokazania realiów sporego kawałka tamtego świata, tylko że pretekst powinien być wiarygodny. A nie jest. Nic nie uzasadnia takich czasoprzestrzennych konwulsji, jakie uskutecznia Reinmar – solo lub z towarzyszami – od pierwszej do ostatniej strony. Uprzedzając oburzone pytanie: „Jak to? A poszukiwanie ukochanej?”, odpowiadam: tak byście szukali ukochanej? Skacząc losowo w różne miejsca między Berlinem a Sieradzem? Pytania uznaję za retoryczne i odpowiedzi nie oczekuję.

Skoro nie fabuła, to może bohaterowie? No… też nie. Zachęcająco naszkicowane postacie z dwóch pierwszych tomów wcale nie podtrzymują swojej wcześniejszej wiarygodności. Są papierowe i bez wyrazu, rysowane bez przekonania, że warto się dalej wysilać w ich uwiarygodnianiu. Między innymi dlatego Sapkowskiemu zaszkodził czas. Bo gdyby „Lux perpetua” wyszła wcześniej, bohaterowie pojechaliby na swym, stworzonym wcześniej, image’u. A tak, to musieli udowadniać swą sensowność od początku, co im za bardzo nie wyszło.

W ogóle wiarygodność jest tu problemem samym w sobie. Kontynuacja historii w „Lux perpetua” jest niewiarygodna. Reynevan jest niewiarygodny. Kto to w ogóle jest? Pół świata zabiega o jego względy, a drugie pół toleruje wybryki, za które każda ze stron powinna powiesić go na dowolnym rynku. A przede wszystkim powinien wisieć za lenistwo. Przecież on w niczym się stronom, dla których niby pracował, nie przysłużył. Jego niesamowite fory wynikałybyż z tego, że umiał leczyć lumbago? Wątpliwe.

No i niewiarygodny jest język. Mieszanka ziomalsko-średniowieczna byłaby dobra w pastiszu. W książce, która skręciła w stronę powagi i historii – nie za bardzo. Dialogi przez to są sztuczne, rozmowy wydumane, a od wymuszonego luzactwa bolały mnie zęby.

No to teraz pozytywy. Do pozytywów zaliczę ładne, duszoszcipatielnoje, zamknięcie wątku miłosnego. Bo chociaż sama historia miłości do najlepszych stron trylogii nie należy, w zakończeniu autor wykazał profesjonalizm i umiejętność sprawnego łzowyciskacza. Ładnie też sugeruje się (bo nie wyjaśnia, i dobrze) istotę pochodzenia Samsona. Bo już nie sam finał tego wątku – średniowieczny Korczak to IMO tanizna.

Podsumowując: jestem rozczarowany. Tak mi się ładnie ta trylogia zapowiadała, tak bogato, dowcipnie i nietuzinkowo. Połączenie rzetelnej historii z fantastyką, napisane ironicznym językiem ze współczesnymi wtrętami, rozbudowana, zniuansowana fabuła, krwiści bohaterowie, wiarygodne i jednocześnie fantastyczne tło… Guzik. Wyszła przeciętna przygodówka fantasy, której koniec przyjąłem z ulgą, podobnie zresztą, jak chyba jej autor. No cóż, poczekam na coś innego, bo Sapkowskimu ufam i wierzę, że jeszcze talentem błyśnie, choćby na miarę wiedźmińskiej sagi.

do góry

Pilch w formie
[Jerzy Pilch, Moje pierwsze samobójstwo]

19 grudnia 2006, blog „Ja, woy”

Telenowela ma tę cechę charakterystyczną, że pomimo iż posiada fabułę monotematyczną, jednolitą do bólu i przewidywalną, po 1500 odcinkach przestaje być oceniana jako całość i widz zaczyna traktować każdy z odcinków osobno: 1372 był fajny, a 923 denny. Ja tak mam z Pilchem.

Nie, broń Boże nie dlatego, żebym zawartość jego pisarstwa plasował na tej samej półce; co to, to nie. Po prostu cała znana mi twórczość Pilcha zlewa mi się w jedno, w jedną tasiemcową megapowieść w większych lub mniejszych odcinkach, z których każdy podlega osobnej ocenie, mimo ze z grubsza traktują o tym samym i treściowo są, wzorem telenowel, nie do odróżnienia. Dwa poprzednie odcinki, „Miasto utrapienia” i „Narty ojca świętego” trochę mnie do tego Pilchowego serialu zniechęciły. Moja teoria o znakomitym piórze, o pisarzu wielkiego talentu i takiejż erudycji, cierpiącym na dokuczliwą przypadłość zwaną chronicznym brakiem tematów ukształtowała się na bazie tamtych lektur i wydawało się, że na trwale przylgnie do Pilcha niczym samoprzylepna etykietka. Na szczęście byłem w grubym błędzie.

Gdzieś tak pi razy oko do setnej strony „Mojego pierwszego samobójstwa” wydawało mi się, że jednak miałem rację. Pierwsze opowiadania były wypisz wymaluj takie jak obie poprzednio czytane przeze mnie książki. Błahe. Ładnie napisane, fajnym, zgryźliwym, pełnym sarkazmu, gorzko-ironicznym stylem, ale miałkie treściowo. Klasyczne, Pilchowe opowiastki o niczym. I już miałem zacząć grymasić i wykrzywiać się pod hasłem, jak to człowiekowi o wyrobionym nazwisku wydrukują wszystko bez względu na jakość, gdy nagle zaskoczyło. Coś w pisarskiej wenie błysło, hukło i nagle pojawiła się Treść.

Liczących na emocjonującą akcję i krwistych bohaterów namawiam jednak do poszukania innej lektury. Nie w tym mi się bowiem objawił ten lepszy Pilch. Okazuje się, że pisząc z pozoru tak samo i tak samo lekceważąc fabułę, można stworzyć dzieło, które pochłonie czytelnika na długie godziny, nie pozwalając mu wrócić do rzeczywistości. Tak tu jest: mimo że – trywializując – w dalszym ciągu nic się nie dzieje, to jednak dzieje się mnóstwo i nie są to tym razem gawędziarskie koszałki-opałki, tylko rzecz zaskakująco głęboka, celna psychologicznie i poruszająca. Poruszająca przynajmniej mnie, bo w wielu Pilchowych stanach ducha mógłbym przeglądnąć się jak w lustrze.

Nie będę opowiadać fabuły, ktoś, kto czytał poprzednie prace autora wie, o czym jest także ta książka. Mam przy tym wrażenie, że Pilch celowo łączy swoje książki w całość. On – autor – ujawnia i personifikuje, osadza w rzeczywistości te swoje alter ego z poprzednich powieści, nagle wiadomo, kto i dlaczego nazywa Wisłę Granatowymi Górami, choć narrator o rzeczywistej Wiśle opowiada i rzeczywistych ludzi w niej pokazuje.

To jest książka o samotności. O tym, że jeśli człowiek nie poukłada sobie życia, nawet za cenę intelektualnych kompromisów, to na starość dopadnie go pustka i bezsens, choćby nie wiem jak był wcześniej podziwiany i kochany. To takie memento dla wszystkich, ktorym wydaje się, że stabilizacja ich pęta i uwolnieni przenosiliby góry wśród okrzyków zachwytu wielbicieli i wielbicielek, zwłaszcza tych co młodszych. Sentymentalne powroty do scenerii dzieciństwa są strasznie gorzkie, gdy odbywają się w czterech ścianach pustego hotelowego pokoju.

Tak, Pilch pisze o sobie. Czy pisze prawdę, czy konfabuluje – nie wiem i tak naprawdę mnie to nie obchodzi. Grunt, że to co pisze, jest prawdziwe. Trochę smutne jest, że takiemu twórcy jak on lepiej wychodzi pisanie, gdy robi to z pozycji zgorzkniałego, samotnego faceta niż uwielbianego salonowego lwa. Ale taki jest los prawdziwych artystów, o tym wie każdy poeta i co drugi grafoman. Muzy kochają nieszczęśliwych.

do góry

Powrót do strony głównej